Zmień system żywnościowy!
Zróbmy to razem

Kiedy wydawali „Zoopolis” Sue Donaldson i Willa Kymlicki oraz „Politykę seksualną mięsa” Carol J. Adams, wiele osób reagowało śmiechem albo irytacją. Dziś te książki wyznaczają kierunek debaty o prawach zwierząt i pokazują, że weganizm i feminizm łączy wspólne źródło krytyki przemocy. O literaturze, która zmienia język rozmowy o świecie i podważa jego fundamenty w rozmowie dla portalu Bezpieczna Żywność mówi Michał Stefański z Fundacji Oficyna 21.
Morgan Janowicz: Michał, jako redaktor naczelny i prezes Fundacji Oficyna 21, opowiedz, jaką misję realizujecie i kto współtworzy to przedsięwzięcie?
Michał Stefański: Trzon Fundacji tworzy dwuosobowy zarząd, czyli ja i Małgorzata Staniewicz. Do tego dochodzi niewielka grupa grafików, z którymi stale współpracujemy, oraz – okresowo – niewielka grupa stażystów, głównie z warszawskiej polonistyki. Liczba osób zaangażowanych w całe przedsięwzięcie zależy w dużej mierze od tego, czym się w danej chwili zajmujemy. Czasem to kilka osób, ale bywa i tak, że siedzę nad czymś sam. Najogólniej rzecz biorąc, naszą misją jest wspieranie współczesnej literatury i rozwoju badań naukowych z zakresu humanistyki, przede wszystkim za pomocą działań wydawniczych. Tak w każdym razie głosi nasz statut. W praktyce oznacza to nieustanną walkę o dotacje na książki, które uważamy za ważne, warte publikacji, warte dyskusji, i często bolesne odbijanie się od drzwi szacownych instytucji kultury, które powinny się naszymi projektami żywo interesować, ale interesują się rzadko.
Morgan Janowicz: W katalogu Oficyny 21 znajdują się przełomowe tytuły, takie jak „Zoopolis” Sue Donaldson i Willa Kymlicki czy „Polityka seksualna mięsa” Carol J. Adams. Jaką rolę odgrywa Fundacja Oficyna 21 w promowaniu tego rodzaju literatury i jak te książki mogą wpłynąć na debatę o prawach zwierząt oraz systemie żywnościowym?
Michał Stefański: Obie te książki nie tylko wpłynęły, ale mam wrażenie, że nadają obecnie ton wielu obszarom debaty o prawach zwierząt, jest więc nadzieja, że ostatecznie przyczynią się również do transformacji naszego systemu żywnościowego. W końcu obie te sfery – nasz stosunek do zwierząt i nasz sposób odżywiania się – stanowią system naczyń połączonych. Musimy jednak zdawać sobie sprawę, że wszystko to może trochę potrwać. Książki takie jak „Zoopolis” czy „Polityka seksualna mięsa” z początku działają raczej podskórnie, nie wywołują rewolucji ani nawet wielkiego fermentu społecznego. Ich głównym zadaniem jest wyprowadzenie nas ze strefy komfortu i zmuszenie do głębszej refleksji, dopiero potem być może także inspirowanie nas do poszukiwania konkretnych rozwiązań. „Zoopolis” jest tego dobrym przykładem. Dzisiaj to już podręcznik akademicki, lektura zalecana na wielu polskich uczelniach, na pewno więcej mówi się dzięki niej o podmiotowości i sprawczości zwierząt, ale jeszcze kilka lat temu w wielu środowiskach – i to nie tylko środowiskach konserwatywnych – książka ta wywoływała głównie sprzeciw albo dziki rechot. Bo kto to w ogóle słyszał, by nadawać obywatelstwo zwierzętom udomowionym, zwierzęta liminalne traktować jako rezydentów, a zwierzętom wolno żyjącym gwarantować suwerenność! Nie inaczej zresztą było w przypadku pracy Carol J. Adams. Jest na szczęście sporo osób, które rozumieją, że feminizm i weganizm to idee ściśle ze sobą powiązane. One przyjęły „Politykę seksualną mięsa” entuzjastycznie. Czekały na jej wydanie. Mało tego, to właśnie dzięki ich wsparciu książka Adams w końcu się ukazała. Polski feminizm to jednak w swojej ogromnej masie feminizm gatunkowistyczny. U wielu zdeklarowanych feministek i feministów feministyczno-wegańskie poglądy Adams bardzo długo budziły opór. Możliwe, że budzą go nadal, tyle że nie wypada go już głośno artykułować.
Morgan Janowicz: Czy to, co robicie, to wciąż tradycyjna humanistyka, czy już posthumanistyka?
Michał Stefański: Oj, nie lubię pojęcia posthumanistyka. Zakłada ono, że już na dobre porzuciliśmy humanizm i poruszamy się wyłącznie w jakiejś bliżej nieokreślonej przestrzeni postludzkiej. Tak jednak nie jest. Wciąż uważamy się za najdoskonalsze dzieło stworzenia, wokół którego organizuje się wszystko, które zawsze znajduje się w centrum uwagi i któremu wszystko, ale to absolutnie wszystko powinno się podporządkować. Najlepszym tego dowodem jest chyba najmodniejszy w tej chwili trend w publikacjach prozwierzęcych, czyli zootanatologie. Mamy teraz istny wysyp prac na temat żałoby po zwierzętach towarzyszących – sam wiem co najmniej o kilku, które dopiero powstają – a przecież nie ma nic bardziej antropocentrycznego niż celebrowanie własnego cierpienia. Ja też mam psa. Jest już w tzw. słusznym wieku, więc co pewien czas uczę się nazw psich dolegliwości zdrowotnych, o których istnieniu wcześniej nie miałem pojęcia. Myśl o tym, że go utracę, dosłownie mnie paraliżuje. Kiedy jednak nadejdzie ten moment, a mnie przyjdzie do głowy napisać o swojej stracie choćby jedną linijkę, sam wymierzę sobie policzek. Bo moje cierpienie będzie niczym w porównaniu z cierpieniem miliardów zwierząt, które rokrocznie maltretujemy i w końcu zarzynamy w celach spożywczych, modowych, kosmetycznych albo dla sportu. Wiem, że moim obowiązkiem jest dać psu wszystko, co mogę, odczytywać jego komunikaty, nie zostawiać go samego zbyt długo, wyjść z nim wtedy, gdy chce wyjść, pójść z nim tam, gdzie chce pójść. Ale nie obnosić się z jego utratą publicznie.
Wracając do Twojego pytania, myślę, że to, co prozwierzęcego robimy i planujemy zrobić, to w gruncie rzeczy bardzo tradycyjna humanistyka. Czasem wolę ją oczywiście nazywać humanistyką nieantropocentyczną albo po prostu humanistyką żywą – tak zresztą zatytułowałem serię wydawniczą, w której ukazało się „Zoopolis”, a potem „Polityka seksualna mięsa” – prawda jest jednak taka, że humanistyka, jeśli pominiemy wąsko rozumianą antropologię, niektóre obszary filozofii i parę fascynujących koncepcji strukturalistów, zajmuje się przede wszystkim naszymi relacjami. Relacjami, jakie zachodzą między człowiekiem a dziełem sztuki, tekstem literackim, budowlą albo inną istotą żyjącą, innym człowiekiem albo innym zwierzęciem.
Morgan Janowicz: Dołączyliście do Federacji Bezpieczna Żywność. Co skłoniło Was do zaangażowania się w kwestie systemu żywnościowego? Jak kultura i literatura mogą być narzędziem transformacji w tym obszarze?
Michał Stefański: Zdecydowała wspólnota celu, jak sądzę. Wszystkim nam przecież chodzi o wyzwolenie zwierząt. Oficyna 21 zawsze poświęcała i będzie poświęcać dużo uwagi literaturze pięknej, której los zwierząt jest niekiedy kompletnie obojętny. Nie ukrywamy jednak przekonań abolicjonistycznych i zawsze chętnie przyłączamy się do akcji mających na celu ukrócenie procederu polowań czy powstrzymanie hodowli przemysłowej. Federacja Bezpieczna Żywność funkcjonuje w tym względzie jak gdyby na zasadzie odwrócenia związku przyczynowo-skutkowego. Nie domaga się natychmiastowego zamknięcia hodowli, postuluje za to usunięcie ciał zwierząt z naszych talerzy – dla naszego zdrowia, dla klimatu, dla planety. A tak radykalna zmiana naszego jadłospisu, naszych nawyków żywieniowych może realnie przyspieszyć upadek hodowli zwierząt. Popyt określa podaż, jak mówi żelazna zasada ekonomii. Inną sprawą jest to, czy przemysł mięsny faktycznie pracuje w warunkach gospodarki rynkowej, skoro dobrze wiemy, że ponad 80 procent unijnych dopłat rolnych w ramach Wspólnej Polityki Rolnej wspiera wyłącznie produkcję zwierzęcą. Tu dopiero jest wiele do zrobienia.
Zajmuję się kulturą od lat, więc wiem, że nie może być ona narzędziem jakiejkolwiek przemiany. Wiem i to, że nie da się łatwo naruszyć podstaw kultury. Można natomiast i trzeba robić w niej drobne wyłomy. Wydawanie literatury chyba zawsze miało w Oficynie 21 charakter kontrkulturowy. Jakoś tak się po prostu składało, że przyciągały nas teksty, które nie mieściły się w obowiązujących aktualnie trendach albo całkowicie odbiegały od utrwalonych wyobrażeń. To właśnie te drobne wyłomy. Wyłomy, które kiedyś mogą doprowadzić w kulturze do poważniejszych pęknięć, szczelin, prześwitów. Tak też odbieram niedawną nowelizację rozporządzenia Ministerstwa Zdrowia o żywieniu dzieci i młodzieży w placówkach oświatowych, do której pewnie by nie doszło, gdyby nie upór Federacji Bezpieczna Żywność. I nie chodzi mi o zapis o co najmniej jednym w pełni roślinnym posiłku w tygodniu ani o oficjalne zatwierdzenie roślinnych zastępników nabiału. Tyle można było wynegocjować w szkołach już na podstawie osławionego rozporządzenia stołówkowego z 2016 roku. Prawdziwym wyłomem jest dopuszczenie zastępników potraw z ryb. Jeszcze niedawno wydawało się to nieosiągalne, nie do ruszenia, mowa przecież o głęboko zakorzenionym w polskiej kulturze nakazie piątkowej ryby. Teraz już ten nakaz przestaje w szkołach obowiązywać. Pozornie to mały krok, ale spowoduje on kolejne szczeliny w kulturze.
Mówiąc najprościej, literatura jako taka nie ma bezpośredniego przełożenia na nasze wybory żywieniowe. Nie ma takiej mocy. Jasne, zdarzają się książki znakomicie ukazujące kulturowy aspekt jedzenia zwierząt, świetnie zrobiła to choćby Margaret Atwood w „Kobiecie do zjedzenia”. Ale to ewenement. Rolą literatury jest jednak wytrącanie nas z równowagi, zakłócanie naszego spokoju, a to już może się odcisnąć na wszystkich sferach naszego życia.
Morgan Janowicz: Jakie macie plany wydawnicze na najbliższy rok, lata? Czy możecie zdradzić, nad jakimi tytułami teraz pracujecie i jakie tematy zamierzacie poruszyć.
Michał Stefański: Trudne pytanie. Bardzo trudne. Nie dokończyliśmy jeszcze serii e-bookowej „Ludzkie, pozaludzkie” prezentującej najważniejsze teksty, którymi inspirował się polski ruch prozwierzęcy przed wojną, a już dostałem sporo próśb, żeby te teksty zebrać w jednej antologii i wydać w postaci drukowanej. I nie wiem, czy to się uda. Prawdę mówiąc, nie wiem, ile z tego, co planujemy, uda się zrealizować. Jesteśmy naprawdę małą organizacją, bez stałego finansowania, żyjemy od dotacji do dotacji, wolałbym więc chyba mówić o tym, co chciałbym zobaczyć pod szyldem Oficyny 21. Z rzeczy nowszych, w każdym razie relatywnie nowych, na pewno polskie tłumaczenie książki „Speciesism” Joan Dunayer, najlepszej jak dotąd pracy o gatunkowizmie, a już tym bardziej polskie tłumaczenie „The Vegan Studies Project” pod redakcją Laury Wright, chyba głównie dlatego, żebyśmy się wreszcie przestali emocjonować animal studies, świat już od dłuższego czasu zajmuje się studiami nad weganizmem, a nie tym, jacy to jesteśmy dla zwierząt okrutni albo jakież to zdolności kognitywne posiadają zwierzęta. Umówmy się, wszystko to wie każdy, kto ma kontakt ze zwierzętami. Od paru ładnych lat myślimy też o tym, żeby uzupełnić rażące luki z zakresu feminizmu. Nie mamy po polsku książek Andrei Dworkin, Mary Daly, Hélène Cixous, nie mamy ani jednej powieści Marge Piercy. Czasami wspominam o tych autorkach w prywatnych rozmowach i słyszę, że to już stare, że już na to za późno. Ale to trochę tak, jakby ktoś w 1918 roku powiedział Polkom, że jest już dla nich za późno na pełne prawa wyborcze, bo już i tak niektóre odważyły się chodzić w spodniach. Właśnie w klasyce mamy chyba najwięcej do nadrobienia.
Morgan Janowicz: Czego byś sobie i nam wszystkim życzył na przyszłość? Jaki świat jest Twoim marzeniem?
Michał Stefański: Obawiam się, że nie mam wielkich oczekiwań. Na pewno nie w krótkiej perspektywie czasowej. Mało u nas znany francuski filozof Michel Serres stwierdził już dawno, że człowiek jest nikim innym jak pasożytem. Z przykrością podzielam tę opinię. Człowiek to największy i najbardziej dokuczliwy pasożyt na świecie. Chciałbym więc przede wszystkim, by świadomość ludzkiego pasożytnictwa stała się powszechna. Nie oznacza to oczywiście, że mamy tylko siedzieć i czekać na to, co się wydarzy. Jeżeli dostrzegamy czyjąś krzywdę, a nie podejmujemy żadnego trudu, żeby tę krzywdę naprawić, stajemy po stronie oprawców. Liczmy się z tym, że nie wszystko się powiedzie. Możliwe, że poniesiemy druzgocącą klęskę. Nieważne, utorujemy drogę innym.
Michał Stefański, historyk literatury, tłumacz, edytor, prezes Fundacji Oficyna 21. Przez ponad 15 lat związany z Polską Akademią Nauk – jako pracownik Instytutu Slawistyki PAN i członek Zespołu Komparatystyki Literackiej i Badań Imagologicznych działającego przy Instytucie Badań Literackich PAN. W latach 2013-2014 redaktor pisma społeczno-kulturalnego „Zmowa”. Autor dwóch monografii i kilkudziesięciu mniejszych prac na temat polskiej i czeskiej literatury współczesnej. Od kilku lat, poza prowadzeniem fundacji, wdraża uprawę soi ekologicznej metodą bezorkową na jednej z lubelskich wsi.