Zmień system żywnościowy!
Zróbmy to razem

Najnowsze śledztwo organizacji AGtivist i dziennikarzy z UE i Wielkiej Brytanii pokazuje, jak Europa wpadła w pułapkę taniego kurczaka. Niewielki krąg firm przetwórczych kontroluje rynek, tworząc coraz bardziej scentralizowany i przemysłowy system produkcji mięsa. Polski drób jest już w znacznej mierze kontrolowany przez zagraniczny kapitał, a cenę obietnicy taniego mięsa ponoszą dziś zarówno krajowi konsumenci, jak i hodowcy.
Rynek kurczaka w Europie przedstawiany jest w wyjątkowo pozytywny sposób – rodzinne fermy, wysoka jakość i znane nam krajowe marki. Jednocześnie obserwujemy coraz niższe ceny produktów mięsnych w supermarketach. Jak przedstawiło najnowsze śledztwo dziennikarskie przeprowadzone w kilku krajach Europy, piętnaście przedsiębiorstw kontroluje obecnie prawie połowę europejskiego rynku przetwórstwa drobiowego, którego łączna wartość wynosi 225 miliarda złotych.
Koncentracja rynku jest doskonale widoczna w Polsce, która jest liderem produkcji drobiu w Europie. Marketing przedstawia obrazek polskiego rolnika na zielonym polu, dbającego o swoje zwierzęta, jednak gdy przyjrzymy się bliżej, w tle dostrzeżemy nierówno rozłożone siły i ryzyka, choroby ptaków, rosnące zadłużenie i koszty ponoszone przez społeczeństwo. Rolnicy, pracownicy i konsumenci stali się więźniami narracji o „tanim kurczaku”, którą można utrzymać jedynie poprzez ciągłe przerzucanie ryzyk na tych, którzy mają najmniejsze możliwości negocjacyjne.
„Przez ostatnie dwa tygodnie pracujemy za darmo” – mówi Zygmunt Stromski, właściciel rodzinnej hodowli drobiu rzeźnego w północnej Polsce.
„Rynek drobiu rozwija się już tylko dzięki wielkoprzemysłowym fermom, oni mają zupełnie inną pozycję przetargową – mówi Agata Kosowska, właścicielka fermy drobiu w województwie łódzkim. – Od nas, mniejszych hodowców, już nic nie zależy, nie mamy siły przebicia. Warunki produkcji są nam narzucane, a my zostaliśmy sprowadzeni do roli oborowych. Jesteśmy cieciami na własnych fermach.”
Polski sektor drobiarski stał się niedoścignionym liderem w Unii Europejskiej, jednak razem z tym nie nastąpiło zwiększenie dobrostanu zwierząt, hodowców czy konsumentów. Hodowcy kupują środki produkcji po cenach podniesionych przez kilka lat inflacji, kryzysu energetycznego i wysokich kosztów finansowania, a następnie sprzedają swoje produkty po coraz niższych cenach. Obserwujemy również znaczną koncentrację produkcji i przetwórstwa, rozwoju chowu kontraktowego oraz dużej roli integratorów organizujących dostawy piskląt, pasz, leków, ubój zwierząt i sprzedaż mięsa. W wielu przypadkach rolnik ponosi koszty inwestycji oraz ryzyko prowadzenia hodowli, jednocześnie mając ograniczony wpływ na warunki, cenę, wybór odbiorcy czy strukturę kosztów narzucanych w ramach współpracy kontraktowej.
Według danych z Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi, cena skupu żywca drobiowego wzrosła aż o 14,4 % w porównaniu do tego samego okresu rok wcześniej. Na koniec sierpnia 2026 roku średnia cena skupu wyniosła 5,14 zł/kg, podczas gdy ta sama cena kształtowała się na poziomie 6,00 zł/kg rok temu1.
„Jakoś to będzie – wszyscy sobie tak powtarzamy” – mówi Agata Kosowska, hodowczyni brojlerów z centralnej Polski. – „Coś się zmieni i wyjdziemy na prostą. Chociaż ciągle nie widzimy tego światełka w tunelu.”
„To polscy rolnicy, hodowcy rodzinni byli odpowiedzialni za sukces i renomę polskiej żywności” – mówi Zygmunt Stromski. – „To my rozwinęliśmy rynek drobiu, stworzyliśmy standardy zdrowej żywności. Przez rozwój hodowli wielkoskalowej i napływ zagranicznego kapitału, to wszystko zaczyna się mieszkać. Obawiam się, że polska żywność straci swoją renomę, a najbardziej na tym straci konsument i polscy rolnicy.”
Rynek jest kontrolowany przez drobiarski oligopol, który w znacznej części nie jest już nawet polski. Zagraniczne koncerny, w tym grupy francuskie, niemieckie, holenderskie i azjatyckie, przejęły polskie przedsiębiorstwa lub założyły swoje oddziały przetwórstwa mięsnego i produkcji pasz. Francuska grupa LDC jest teraz właścicielem niegdyś polskich firm Drosed, Indykpol i Konspol, niemiecka PHW kontroluje Drobimex i Bomadek, holenderski Plukon ma całość udziałów niegdyś krajowego Algas, Superdob należy w jednej trzeciej do tajskiego udziałowca, podczas gdy Animex jest kontrolowany przez amerykańsko-chińską grupę.
Zachodnie rynki są zdominowane przez przedsiębiorstwa rodzinne i silnie skoncentrowane. Możliwość wzrostu po stronie podaży jest znikoma, a czołowe zachodnie przedsiębiorstwa nie są na sprzedaż, dlatego droga do rozwoju dla największych graczy prowadzi na wschód. Rynek polski był do wzięcia, a lokalni przetwórcy wskazali przejęcia transgraniczne jako siłę napędową swojego rozwoju.

Przetłumaczono na język polski. Sprawdź źródło.
Zagraniczne przejęcia i koncentracja kapitału doprowadziła do ogromnej centralizacji hodowli drobiu w Polsce. Choć małych i średnich gospodarstw (utrzymujących od 1 do 10 tysięcy sztuk ptaków) jest najwięcej (ok. 92,3%), odpowiadają one za zaledwie 0,9% krajowego pogłowia brojlerów. 91,1% pogłowia brojlerów pochodzi z zaledwie 7,7% wszystkich ferm2.
W okresie 2010–2023 udział gospodarstw rolników utrzymujących drób kurzy obniżył się z 48% do 21%, pomimo stałego wzrostu produkcji żywca drobiowego3. Dalszy wzrost pogłowia drobiu kurzego, w tym brojlerów kurzych, przy jednoczesnym spadku liczby gospodarstw zajmujących się tą produkcją, oznacza większą skalę chowu drobiu w gospodarstwach rolnych. W 2023 roku przeciętnie w kraju na jedno gospodarstwo rolne prowadzące chów brojlerów kurzych przypadało 5 464 sztuki, podczas gdy w 2020 r. było to 1 958 sztuki4.
Gospodarstwo Pani Agaty Kosowskiej zostało założone jeszcze przez jej ojca w latach 90. W tej chwili, w jednym cyklu produkcyjnym utrzymuje około 22-23 tysięcy brojlerów. Hoduje drób bez antybiotyków, z wykorzystaniem jedynie środków ziołowych.
„Moje kurczaki są świetnej jakości, smakują zupełnie inaczej” – mówi Agata Kosowska. – Natomiast nie dostaję żadnej premii za chów bez antybiotykowy, mojemu odbiorcy cenowo jest to obojętne. Podobnie, nie mam żadnej premii za lojalność, pomimo tego, że sprzedaję drób do tego samego odbiorcy od lat 90.”
Odbiorcą drobiu z fermy Pani Agaty jest jedna z największych firm drobiarskich w kraju. Przetwórca, jak większość tej wielkości, opiera swoją współpracę z hodowcami na umowach kontraktowych, sprawując kontrolę nad łańcuchem produkcji. Hodowcy kontraktowi są zobligowani do kupowania ich piskląt oraz pasz.
„Pisklęta były bardzo kiepskiej jakości” – opowiada Pani Agata. – „Po wielokrotnych problemach z jakością piskląt kupiłam je w innej wylęgarni, jednocześnie tracąc status hodowcy kontraktowego.”
Według Pani Agaty, kontraktowy hodowca ma cenę na umowie powyżej 5 złotych za kilogram, może 5,20 zł. Jej cena w kontrakcie jest za to uzależniona od ceny rynkowej. 50% ceny opiera się na MinRol, czyli oficjalnych i regularnych notowań rynkowych cen drobiu publikowanych przez Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Drugie 50% ustalane jest na podstawie tak zwanej ceny rolniczej, czyli stawki, jaką średnio ubojnie płacą rolnikowi za żywe ptaki na bramie. Oznacza to, że cena Pani Agaty podlega stałym wahaniom i nie może ona przewidzieć swoich dochodów w skali roku. W tej chwili wynosi około 4,70 zł/kg i stale się waha.
„Wybierając pisklęta z innego miejsca, zyskałam większą niezależność, ale też większe ryzyko i gorszą cenę” – mówi Pani Agata.
Dodaje jeszcze, że jej koszt produkcji znacznie przekracza 4 złote za kilogram. W jednym cyklu produkcyjnym wydaje 210 tysięcy złotych na pasze, 81 tysięcy na pisklęta, 30 tysięcy na preparaty ziołowe, a do tego dochodzą koszty energii. Te koszty oczywiście stale się zmieniają.
„Współpraca kontraktowa jest działalnością przemysłową, a nie rolniczą i jako taka powinna być formalnie traktowana – mówi poseł Jarosław Sachajko, autor wielu interpelacji poselskich o stanie polskiego rolnictwa. – „To wymusiłoby wyższy VAT na produkcji kontraktowej i tym samym mniejsi hodowcy byliby bardziej konkurencyjni. W innym przypadku, mali i średni rolnicy nie są w stanie konkurować z ekonomią skali tych większych i stale utrzymują się na granicy opłacalności.”
Pani Agata Kosowska opowiada, że czasem traci na jednym cyklu produkcyjnym, ale później jest jakoś w stanie to odrobić.
„Ale jak ktoś straci na dwóch, trzech rzutach, to jest pozamiatany i wypada z rynku. No bo kto zadłuży się na tę stratę, nie wiedząc, z czego później odda? Może weźmie pisklę na kredyt, ale z czego spłaci?” – pyta.
„Rolnik otrzymuje dopłatę do działalności nie po to, aby rozwijać gospodarstwo lub inwestować, lecz po to, aby częściowo pokryć stratę powstałą przy sprzedaży produktu poniżej kosztów jego wytworzenia” – dodaje poseł Sachajko.
Paweł Powalka, hodowca z województwa łódzkiego, hoduje gęsi od 35 lat, ma w tej chwili stado około 700 sztuk. Jego odbiorcą jest ubojnia jednego z największych przetwórców drobiu w centralnej Polsce.
„Mam umowy podpisywane na rok, w tej chwili cena na umowie to 13 złotych za kilogram żywca. Moje koszty są praktycznie na tym samym poziomie. Za samo pisklę płacę 30 złotych.”
Cena na umowie Pana Pawła może się wahać +/- 10 procent w przypadku jakiś wyjątkowych sytuacji. Na koniec tego roku Pan Paweł liczy na bonus z uwagi na trochę dłuższe przechowanie gęsi, ale tak naprawdę to czy go dostanie czy nie okaże się dopiero przy sprzedaży.
„Nigdy do końca nie wiem, jak będzie wyglądało wyrównanie ceny.”
Według notowań rolnych cena gęsi tuczonej na koniec sierpnia 2026 roku wyniosła około 16,5 zł/kg5.
„Nadal – umowa jest umową, przynajmniej ma się jakąś pewność zbytu. Może na wolnym rynku hodowcy mogą uzyskać lepsze ceny, ale ryzyko jest zbyt duże. Jako hodowcy nie decydujemy sami o sobie. Wszystko mamy określone w umowie kontraktacyjnej, gdzie odbiorca zastrzega sobie wszystkie parametry. Efekty są mizerne a ryzyka duże.”
„Za pół roku przechodzę na emeryturę i z jednej strony ulga, a z drugiej strony bardzo mi szkoda, bo z naszej polskiej tradycji hodowli gęsi niewiele zostaje. Kiedyś było nas około półtora tysiąca hodowców, teraz zostało chyba mniej niż połowa.”
Pan Paweł mówi, że zmiana odbiorcy jego ptaków nic nie da. Konsolidacja rynku sprawiła, że duże podmioty dyktują cenę i zmieniając odbiorcę wpadłby z deszczu pod rynnę. Mówi, że jego gęś i tak najprawdopodobniej pójdzie na rynek francuski czy niemiecki. Gęś, pomimo tego, że niegdyś zakorzeniona w tradycji polskie, w tej chwili w większości jest produkowana na eksport. Polska jest największym producentem żywca gęsiego w Unii Europejskiej, a około 70% mięsa wyjeżdża za granicę6.
Polska jest nie tylko największym producentem, ale też niekwestionowanym liderem w eksporcie drobiu w Europie. Około 60% mięsa drobiowego produkowanego w kraju jest przeznaczona do sprzedaży zagranicznej. Od 2010 roku Polska osiągnęła największy wzrost nadwyżki handlowej, która w 2025 roku osiągnęła 926 000 ton, najwięcej ze wszystkich krajów europejskich.

Przetłumaczono na język polski. Sprawdź źródło.
„Naszą hodowlę zaczynaliśmy w latach 80. na ziemi odziedziczonej od naszej babci” – mówi Zygmunt Stromski, hodowca drobiu rzeźnego z północy Polski. – „Stado 2 tysięcy sztuk, cykl hodowli oczywiście dużo dłuższy, niż dzisiaj. Były inne gatunki kurczaków, inne pasze, inne możliwości. Zawsze dobrze wspominam te czasy, sami ubijaliśmy kurczaki i szliśmy na rynek je sprzedawać. Teraz, cztery dekady później, mamy dobrze rozwinięty rodzinny interes, moje dzieci też ze mną pracują, ale kontrola nad procesem, niezależność jest dużo mniejsza.”
Według Pana Zygmunta, presję na zwiększanie skali produkcji narzuciła jeszcze w latach 90 krajowa polityka rolna, premiująca większą produkcję.
„Jeśli ktoś nie chciał się rozwijać, zostawał w tyle i nie był konkurencyjny. Ostatecznie – wypadał z rynku” – dodaje.
Wielu hodowców ubolewa nad tym, że polskie przepisy nie wprowadzają formalnego rozróżnienia na rodzinne gospodarstwa i na fermy małej, średniej czy przemysłowej wielkości. Obowiązujące przepisy są takie same, niezależnie od wielkości produkcji. A przecież czym innym jest średniej wielkości rodzinne gospodarstwo, a czym innym hodowla na ponad 100 tysięcy sztuk ptaków. Mniejsi hodowcy nie są w stanie poradzić sobie ze zmieniającymi się kosztami czy wyjątkowymi sytuacjami, takimi jak ptasia grypa, w ten sam sposób. Co za tym idzie – nie są w stanie konkurować cenowo z gospodarstwami przemysłowymi.
„Polityka rolna jest nieprzewidywalna i nie daje nam długotrwałego oparcia” – dodaje pan Zygmunt. – „Jednocześnie, jeśli jakiś duży odbiorca produktu końcowego na świecie się wycofa, ubojnie zmniejszają zapotrzebowanie na żywiec i to spada na hodowców. Rolnik musi być chroniony, musi mieć poczucie bezpieczeństwa, a tego nie mamy. Ostatecznie wszystkie te ryzyka spadają na nas.”
Koszt taniego kurczaka nie zatrzymuje się wyłącznie na branży drobiarskiej. Koncentracja hodowli na dużych fermach drobiu, skutkująca maksymalnym zagęszczeniem oraz skróceniem cyklu produkcji, stwarza ryzyko wybuchu chorób, które następnie przenoszą się tymi samymi szlakami handlowymi, co mięso.
W 2025 roku w Polsce wykryto 128 ognisk wysoce zjadliwej grypy ptaków (HPAI). W efekcie szerzenia się choroby zutylizowano ponad 10,2 mln sztuk drobiu pochodzącego z zakażonych gospodarstw. Ponadto, zutylizowano 8,5 miliona ptaków zakażonych rzekomym pomorem ptaków, czyli chorobą Newcastle.
Zgodnie z raportem sporządzonym pod kierownictwem Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) w okresie od 28 lutego do 4 czerwca 2026 r. odnotowano 154 ogniska HPAI wśród drobiu w 12 krajach europejskich, przy czym na Polskę przypadło 102 z tych ognisk, co stanowiło 66% ogółu. W Polsce łącznie zutylizowano ponad 5,7 mln ptaków, co stanowi 88% z 6,53 mln ptaków dotkniętych HPAI w całej Europie w tym samym okresie.
W ostatnich latach polski sektor drobiarski doświadczył również serii poważnych ognisk salmonellozy, w tym szczepów odpornych na antybiotyki. W 2020 polsko-tajska firma Superdrob była odpowiedzialna za sprzedaż mięsa skażonego bakterią salmonelli za granicę, w wyniku czego doszło do poważnych powikłań zdrowotnych u wielu pacjentów. Znów w 2024 roku 138 partii drobiu eksportowanego z Polski dało wynik pozytywny na obecność salmonelli, w tym szczepów antybiotykoopornych. Rosnące tempo pogoni za tanim mięsem narzuca dużą presję na wprowadzenie „bardziej efektywnych” metod hodowli, czyli zwiększania skali produkcji ponad biologiczne możliwości otoczenia, natury i zwierząt. Przykład Polski pokazuje, jak niedociągnięcia w systemie tworzą transgraniczne zagrożenia dla zdrowia i koszty publiczne trudne do prześledzenia. Antybiotykooporne bakterie stanowią coraz większe zagrożenie dla zdrowia ludzkiego, a sektor hodowli zwierząt jest uznawany za ich istotne źródło. Światowa Organizacja Zdrowia oszacowała, że w 2019 roku bakterie oporne na antybiotyki bezpośrednio spowodowały 1,2 miliona zgonów na całym świecie.
Trudno jest wyrwać się z pułapki taniego kurczaka, a reforma rynku stanowiłaby niemałe wyzwanie polityczne. Firmy zachowują kontrolę, podczas gdy ryzyko jest po cichu rozkładane na rolników, pracowników, lokalnych mieszkańców, systemy opieki zdrowotnej, podatników i konsumentów. Tanie kurczaki wydają się opłacalne dla kupujących i korzystne w produkcji, ponieważ ich faktyczny koszt w postaci systemowych i zdrowotnych zagrożeń nie jest uwzględniony w cenie, którą widzimy na półce sklepowej.
Stowarzyszenia branżowe, dysponujące znaczną siłą przebicia na arenie politycznej reprezentują raczej duże przedsiębiorstwa przetwórcze i największych hodowców. To oni kontrolują zasady produkcji i kapitał, podczas gdy hodowca ponosi koszty związane z budynkami, siłą roboczą, energią, wodą i zadłużeniem. Wycofanie się jest trudne, ale pozostanie w tym biznesie może ich zrujnować. Głos drobnych hodowców, nawet zjednoczony, nie jest tak dobrze słyszalny i traktowany jest w pewnym sensie jako zbędny.
System mięsny w Polsce stał się zbyt duży, by upaść nie dlatego, że jest tak dobrze zorganizowany, a dlatego, że jest to kolos utrzymujący się na tysiącach rolników, konsumentów i pracowników, wykorzystywanych i następnie odsuwanych na bok przez ten system. Każdy kryzys wymaga coraz większych nakładów środków publicznych i interwencji, co pozwala utrzymać system bez zmiany tego, kto sprawuje władzę, a kto ponosi ryzyko.
Niebezpieczeństwo rynku nie dotyczy jedynie tego, że nadmuchana do granic możliwości branża może w końcu upaść. Ryzyko polega na tym, że powstrzymanie jej dalszego istnienia w niezmienionej formie wymaga od wszystkich aktorów rynku stałego pokrywania jej kosztów.
Wyniki międzynarodowego śledztwa zostały opublikowane w: IRPIMedia | La Marea | Slingshot Investigates | AGtivist | Bezpieczna Żywność/Green REV Institute | Politico
Zespół redakcyjny: Claire Colley, Sam Hayward, Abbie Parker, Nicole Pihan, Stefania Prandi, Paolo Riva, Agata A. Skrzypczyk, Pat Thomas i Laura Villadiego
O śledztwie piszą także:
IRPImedia (Włochy)
La Marea (Hiszpania)
Politico (EU)
Photo by Simon Reza on Unsplash