Rządy śledzą straty ludzi i infrastruktury, ale nie zwierząt

Woda przyszła nagle i nie zostawiła nic. „Powódź zabrała nam wszystko: kozy, owce, jęczmień i kukurydzę. Wszystko” – mówi Maria, rolniczka z rumuńskiej wioski Costache Negri, cytowana w artykule „Utopione i zapomniane: zwierzęta gospodarskie są cichymi ofiarami powodzi w Europie” autorstwa Leoni Bender, Raluki Besliu, Louisy Bouri-Saouter, Toma Browna, Marii Dybcio i Martina Vrby, opublikowanym w Voxeurop. W jej opowieści najważniejsze nie są liczby, lecz pustka po zwierzętach, które zniknęły w jedną noc. Nie zostały policzone, nie trafiły do żadnych oficjalnych zestawień ani nie stały się częścią większej historii.

Wraz z nasilającymi się w Europie powodziami, napędzanymi przez zmiany klimatu, rośnie liczba ofiar, o których się nie mówi. To miliony zwierząt tzw. gospodarskich, w tym świń, krów, owiec, kóz i tzw. drobiu, które giną w wodzie, zamknięte w budynkach, uwięzione na pastwiskach albo wyczerpane po ewakuacji. Ich śmierć rzadko jest dokumentowana. W wielu krajach po prostu nie istnieje w statystykach.

Skala tej niewidzialności jest uderzająca. W Europie żyje ponad 130 milionów świń, dziesiątki milionów krów i owiec. To ogromna populacja istot zdolnych do odczuwania bólu i stresu, które w obliczu katastrofy pozostają praktycznie poza systemem ochrony. Kiedy woda zalewa gospodarstwa, nie ma jednolitego mechanizmu, który pozwalałby je policzyć, zabezpieczyć lub choćby odnotować ich śmierć.

Brak danych nie jest wyłącznie problemem statystycznym. To realna luka, która sprawia, że zwierzęta stają się niewidzialne również w decyzjach politycznych. Jeśli ich śmierć nie jest rejestrowana, nie ma presji, by ją ograniczać. Jeśli nie ma obowiązku planowania ich ewakuacji, ich los zależy wyłącznie od przypadku i determinacji ludzi.

Oficjalnie Unia Europejska uznaje zwierzęta za istoty czujące, których tzw. dobrostan powinien być „w pełni uwzględniany”. W praktyce jednak, gdy dochodzi do katastrof, zasada ta przestaje obowiązywać. Instytucje unijne jasno przyznają, że tzw. dobrostan zwierząt w sytuacjach klęsk żywiołowych nie mieści się w obowiązujących regulacjach. Powstaje w ten sposób paradoks: system, który deklaruje ochronę zwierząt, nie obejmuje momentu, w którym są one najbardziej bezbronne.

W wielu krajach problem zaczyna się od podstaw – nikt nie wie, ile zwierząt ginie. W Niemczech władze przyznają wprost, że nie zbierają danych o stratach zwierząt podczas powodzi. We Francji dostęp do takich informacji jest ograniczony lub praktycznie niemożliwy. Dane, jeśli istnieją, są fragmentaryczne, rozproszone albo ukryte w administracyjnych procedurach.

Na tym tle Rumunia wyróżnia się systemem, który, choć niedoskonały, pozwala przynajmniej częściowo uchwycić skalę zjawiska. Po powodzi w 2024 roku odnotowano tam tysiące martwych ptaków, setki świń i owiec. Było to możliwe dzięki sieci lokalnych weterynarzy odpowiedzialnych za ewidencję zwierząt. Nawet tam jednak system zawodzi w obliczu katastrofy – weterynarze sami bywają ofiarami powodzi, a liczenie martwych zwierząt odbywa się w pośpiechu, wśród zniszczeń i chaosu.

Jeszcze większym problemem jest brak realnych planów ratowania zwierząt. W wielu państwach europejskich nie istnieją obowiązkowe procedury ich ewakuacji. Nawet jeśli przepisy sugerują, że właściciele powinni zadbać o swoje zwierzęta, w praktyce oznacza to, że odpowiedzialność spada na pojedynczych ludzi w sytuacji skrajnego zagrożenia.

Gdy nadchodzi powódź, decyzje podejmowane są w sekundach. Zwierzęta uwiązane w oborach lub zamknięte w zagrodach często nie mają żadnej szansy na ucieczkę. Te na pastwiskach mogą zostać odcięte przez wodę. Część ginie natychmiast, inne umierają później – z wyczerpania, chorób lub stresu.

Relacje rolników pokazują, jak dramatyczne są to sytuacje. Ludzie brodzą w wodzie sięgającej klatki piersiowej, próbując odwiązać przerażone zwierzęta. Nierzadko muszą wybierać między własnym bezpieczeństwem a próbą ratunku. Niektóre zwierzęta przeżywają samą powódź, ale nie wytrzymują jej konsekwencji – transportu, tłoku, nagłej zmiany warunków.

Ci, którym nie udaje się ich uratować, zostają z poczuciem winy. Wielu po takich doświadczeniach ogranicza hodowlę albo całkowicie z niej rezygnuje. Strach przed kolejną katastrofą zmienia sposób życia i pracy, ale też relację człowieka ze zwierzętami.

W całej tej historii najbardziej uderza cisza. Zwierzęta nie pojawiają się w oficjalnych raportach, nie są centralnym tematem debat o zmianach klimatu, rzadko trafiają do mediów. Ich śmierć jest traktowana jako element uboczny strat gospodarczych, a nie jako problem sam w sobie.

Tymczasem wraz z nasilaniem się ekstremalnych zjawisk pogodowych liczba tych „cichych ofiar” będzie rosła. Bez systemowego liczenia strat, bez obowiązkowego uwzględniania zwierząt w planach kryzysowych i bez realnych mechanizmów ich ochrony, pozostaną one poza polem widzenia mimo że są jedną z najbardziej bezbronnych grup dotkniętych skutkami zmian klimatu.

Powodzie odsłaniają coś więcej niż tylko słabości infrastruktury czy systemów zarządzania kryzysowego. Pokazują też systemowe pomijanie zwierząt tzw. gospodarskich w planach ochrony i ewakuacji. W praktyce rzadko są one w ogóle uwzględniane jako wymagające ochrony.

Photo by Kateryna Hliznitsova on Unsplash

Udostępnij: