Zmień system żywnościowy!
Zróbmy to razem

Nowe zasady żywienia w szkołach obowiązują już trzy tygodnie, lecz w rozmowie o stołówkach wciąż powracają hasła o „zabieraniu mięsa” i „narzucaniu ideologii”. Katarzyna Błażejewska-Stuhr, dietetyczka i psychodietetyczka, wyjaśnia, co zmieniło się w przepisach i jak rozmawiać o tych zmianach z rodzicami, nie tracąc z oczu potrzeb dzieci. Dietę planetarną można opisać prościej – więcej produktów roślinnych, mięso w umiarkowanych ilościach. Niezależnie od nazwy jest to propozycja żywienia zdrowszego i bardziej różnorodnego niż dotychczasowe.
Od 1 września 2026 roku szkolne i przedszkolne jadłospisy podlegają nowemu rozporządzeniu Ministra Zdrowia. Nie jest to początek państwowych wymagań wobec stołówek. Pierwsze rozporządzenie w tej sprawie weszło w życie 1 września 2015 roku, a obecny akt zastąpił przepisy z 2016 roku. Zmienił się standard, do którego szkoły mają dostosować posiłki, a nie sama zasada, że państwo określa wymagania dotyczące żywienia dzieci.
Nowe przepisy odsyłają do aktualnych Norm żywienia dla populacji Polski, opublikowanych pod koniec grudnia 2024 roku. Normy określają zapotrzebowanie na energię i składniki odżywcze dla różnych grup. Rozporządzenie przekłada tę wiedzę na konkretne wymagania wobec szkolnych posiłków. Dotyczą one m.in. udziału warzyw i produktów pełnoziarnistych, potraw ze strączków oraz składu przygotowywanych napojów.
Zanim projekt trafił do konsultacji publicznych, Ministerstwo Zdrowia omawiało planowane zmiany z ekspertami i ekspertkami. M.in. w spotkaniu 27 listopada 2024 roku uczestniczyli przedstawiciele i przedstawicielaki Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego PZH, Instytutu Matki i Dziecka oraz Instytutu „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka”. Obecni byli także przedstawiciele Głównego Inspektoratu Sanitarnego i resortów edukacji oraz rodziny. Projekt skierowano do konsultacji 18 czerwca 2025 roku. Uwagi mógł zgłosić każdy zainteresowany, również rodzice, do 18 lipca 2025 roku. Opublikowana tabela uwag pokazuje, jakie zastrzeżenia zgłoszono i jak odpowiedziało na nie ministerstwo.
Rozporządzenie określa częstotliwość podawania poszczególnych potraw w szkolnym jadłospisie. W ciągu tygodnia na obiad dwa razy ma być podana porcja mięsa przygotowanego z mięsa świeżego, co najmniej raz porcja ryby i co najmniej raz potrawa na bazie strączków bez dodatku produktów odzwierzęcych. Osobom niespożywającym produktów odzwierzęcych należy zapewnić alternatywną potrawę roślinną.
Katarzyna Błażejewska-Stuhr proponuje, by rozmowę o budzących emocje zmianach zaczynać od treści rozporządzenia.
Myślę, że pierwszą rzeczą, jaką powinniśmy zrobić, jest wyjście z języka ideologii i powrót do konkretów. Bo kiedy słyszymy hasło: „dzieciom zabierają mięso i narzucają dietę planetarną”, to warto po prostu zajrzeć do rozporządzenia. Ono nie wprowadza diety wegańskiej i nie jest restrykcyjne. Wprowadza większą różnorodność, sezonowość, lokalność. Ogranicza częstotliwość podawania potraw mięsnych (ale też zabezpiecza dzieci, aby dostawały prawdziwe mięso) w obiedzie do dwóch razy w tygodniu, plus rybę raz w tygodniu. Przynajmniej raz w tygodniu wprowadza potrawę na bazie nasion roślin strączkowych bez produktów odzwierzęcych. Zwiększa znaczenie warzyw i produktów pełnoziarnistych, ogranicza cukier i żywność wysokoprzetworzoną. To są zmiany na dobre, które można oceniać i dyskutować, ale trudno uczciwie sprowadzić je do hasła o „ekoterroryzmie”.
Ministerstwo Zdrowia odwołuje się do diety planetarnej jedynie w uzasadnieniu rozporządzenia. Wskazuje tam na względy zdrowotne, zmianę klimatu, malejące zasoby wody pitnej i rosnące koszty utylizacji odpadów. Komisja EAT–Lancet opisuje dietę planetarną jako elastyczny wzorzec oparty przede wszystkim na warzywach, owocach, pełnych ziarnach, orzechach i strączkach, z mniejszym udziałem żywności pochodzenia zwierzęcego. To wzorzec uwzględniający zdrowie ludzi i wpływ żywienia na środowisko, a nie gotowy jadłospis dla każdego dziecka.
Możemy nawet na chwilę zupełnie odłożyć argument środowiskowy. Jako dietetyczka potrafię uzasadnić te zmiany samym zdrowiem dzieci. Więcej warzyw, pełnych ziaren i strączków, mniej przetworzonego mięsa, mniej cukru i większa różnorodność diety nie są postulatami ideologicznymi, tylko kierunkiem zgodnym ze współczesną wiedzą o żywieniu.
Możemy dyskutować o sposobie wdrożenia, kosztach, możliwościach kuchni szkolnych czy o tym, czy dzieci będą te potrawy jadły. To są sensowne pytania (chociaż w moim odczuciu nie świadczą przeciw zmianom). Ale rozmawiajmy o nich na podstawie tego, co naprawdę zapisano, a nie na podstawie politycznych etykiet. Wszystkim nam zależy na zdrowiu dzieci – podkreśla Katarzyna Błażejewska-Stuhr.
Znajomość przepisów nie rozwiewa wszystkich obaw rodziców. Mogą pytać, czy posiłek będzie odpowiednio zbilansowany i czy dziecko zechce go zjeść. Katarzyna Błażejewska-Stuhr nie bagatelizuje tych obaw.
Rozumiem, że jeśli rodzic słyszy: „ktoś będzie eksperymentował z żywieniem mojego dziecka”, może się zaniepokoić. Dlatego sprawdźmy konkretnie, co się zmienia. Czy dziecko przestanie dostawać odpowiednią ilość białka? Nie. Czy szkoła staje się wegańska? Nie. Czy mięso znika? Nie. Zmienia się natomiast proporcja różnych produktów w tygodniowym jadłospisie. W moim odczuciu, wiedząc jak wyglądało żywienie dotąd, zmiany zapewniają lepsze i bardziej urozmaicone posiłki. Dostarcza wszystkich składników energetycznych, białka, żelaza, wapnia i innych składników. Wiem, że dzieci nie zawsze chętnie jedzą zdrowe produkty, z pewnością wolą frytki od zupy jarzynowej, ale czy to oznacza, że powinny dostawać to, co jest bardziej smakowite, czy to, co zapewni im składniki niezbędne do wzrostu i rozwoju? Eksperci z NCEŻ odpowiadają na wszelkie pytania i wątpliwości – bo może Państwa obawy są wywołane dezinformacją, a nie faktami? Pytajcie. A jeżeli macie obawy, że posiłki nie spełniają np. norm na zapotrzebowanie na dany składnik, możecie poprosić Sanepid o kontrolę.
Rodzic może zacząć od jadłospisu swojej szkoły i zapytać o skład potrawy, która budzi wątpliwości. Jeśli chce sprawdzić, co wynika z rozporządzenia i jak stosować nowe wymagania, Katarzyna Błażejewska-Stuhr wskazuje przydatne źródła.
Po pierwsze, sam tekst rozporządzenia w Dzienniku Ustaw. Jest najlepszym antidotum na przekazy typu „zakazano dzieciom X”, bo można sprawdzić, co rzeczywiście zostało zapisane.
Po drugie, bardzo dobry i znacznie bardziej przystępny jest materiał NCEŻ wyjaśniający zmiany w stołówkach szkolnych i przedszkolach oraz ich FAQ dotyczące rozporządzenia. To drugie polecałabym szczególnie dyrektorom, intendentkom i osobom odpowiedzialnym za żywienie, bo odpowiada na praktyczne problemy interpretacyjne.
Po trzecie, dla osób rzeczywiście układających jadłospisy jest cała baza materiałów NCEŻ dla realizatorów żywienia zbiorowego oraz – poziom bardziej ekspercki – Normy żywienia dla populacji Polski 2024 NIZP PZH.
Przepisy i materiały NCEŻ pozwalają sprawdzić fakty. Zmiana szkolnego żywienia wymaga jednak także rozmowy z rodzicami i przygotowania potraw, które dzieci zechcą jeść. Czy w tej sytuacji nauka obroni się sama?
Nie, nauka nie obroni się sama. Podobnie, jak nie możemy oczekiwać, żeby dzieci same chętniej sięgały po kasze zamiast przetworzone i smażone produkty. Nawet my, dorośli, mamy z tym problem. I chyba zbyt długo zakładaliśmy, że jeśli pokażemy ludziom tabelę, wykres i metaanalizę, to racjonalnie zmienią zdanie. Tymczasem po drugiej stronie często stoi prosty, emocjonalny komunikat: „zabierają dzieciom kotleta”. Z takim hasłem nie wygra 40-stronicowy raport.
Zamiast mówić rodzicowi: „wdrażamy model diety planetarnej”, powiedziałabym: „chcemy, żeby w ciągu tygodnia dziecko poznało więcej niż jeden sposób na pełnowartościowy obiad. Żeby jadło warzywa, kasze, ryby, nabiał, strączki i mięso, a nie żeby podstawowym źródłem białka przez pięć dni był kotlet”.
Tym marudzeniem już zrobiliśmy bardzo dużo złego. Najwyższa pora to odwrócić. Dzieci muszą być uczestnikami tej zmiany, a nie jej przedmiotem. Jeżeli nagle postawimy przed nimi mało atrakcyjną potrawę ze strączków i powiemy „to dla planety”, możemy osiągnąć efekt odwrotny. Potrzebne są degustacje, dobre przepisy, rozmowa z uczniami, stopniowe oswajanie smaków, możliwość zgłaszania opinii i przede wszystkim kompetentne kuchnie szkolne. Przeprowadziłam tysiące godzin takich warsztatów z dziećmi przez ponad 20 lat pracy w zawodzie i wiem, że to działa.
W tej dyskusji nie chodzi o to, żeby wygrała dieta planetarna albo kotlet. Chodzi o to, żeby wygrało dziecko: dobrze odżywione, najedzone, uczące się różnych smaków i dostające w szkole posiłek zgodny z aktualną wiedzą o żywieniu. I na tym gruncie naprawdę możemy rozmawiać ponad politycznymi podziałami.