Zmień system żywnościowy!
Zróbmy to razem

Zimę 2026 wielu zapamięta na długo. Śnieżyce, ostre mrozy, zamarzające rzeki, a nawet lód na Bałtyku to w zmieniającym się klimacie coraz rzadziej pojawiające się zjawiska. W ubiegłych latach eksperci podkreślali, że bezśnieżne zimy potęgują zjawisko suszy. Czy w takim razie tegoroczna pokrywa śnieżna wesprze przyrodę i rolników?
O tym, że śnieg jest kluczowy dla zasobów wodnych w Polsce, mogliśmy przekonać się po – w dużej mierze bezśnieżnych zimach w ostatnich latach. Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej informował, że podczas ubiegłorocznej zimy liczba dni z pokrywą śnieżną była niższa od średniej wieloletniej na niemal wszystkich stacjach synoptycznych. Efektem były niewielkie zapasy wody w gruncie i ryzyko suszy w okresie początku wegetacji roślin.
Choć na pełne dane (i koniec meteorologicznej zimy) musimy jeszcze trochę poczekać, to widać na pierwszy rzut oka, że była ona znacznie inna. Jednak jeszcze samo to nie oznacza, że w tym roku suszy na pewno nie będzie.
– Pogoda, jaką mieliśmy podczas tegorocznej zimy – i widoczne teraz roztopy – na pewno spowodują, że zmniejszy się zagrożenie suszą hydrologiczną, pozytywnie wpływając na przepływ wód powierzchniowych. Być może w jakimś stopniu uzupełni braki w warstwie wód podziemnych. Dla porównania w ubiegłym roku mieliśmy rekordowo suchą wiosnę, która przyczyniła się do uszczuplenia zasobów wodnych – mówi nam prof. Zbigniew Karaczun z Katedry Ochrony Środowiska i Dendrologii SGGW, ekspert Koalicji Klimatycznej.
– Natomiast nie da się wykluczyć zagrożenia suszą rolniczą w dalszej części roku. Ona może postępować szybko – przykłady tego także widzieliśmy w ostatnich latach – gdy mamy upały i deficyt opadów – podkreśla.
Zimno, ale nie mokro
Szczególnie styczeń, ale też część lutego cechowały się temperaturą poniżej średniej, a momentami nawet ostrym mrozem. Nie była to oczywiście zima stulecia, ale sam styczeń był najzimniejszym od 2010 roku.
Utrzymujące się ujemne temperatury pozwoliły na coś, czego także nie widzieliśmy od dawna – długo utrzymującą się pokrywę śnieżną. Dane satelitarne prezentowane przez Zakład Obserwacji Ziemi CBK PAN pokazują, że na zdecydowanej większości powierzchni Polski pokrywa śnieżna utrzymywała się od początku stycznia przez niemal dwa miesiące. Poprzednie takie zimy mieliśmy w latach 2021 i 2017, a bardziej śnieżną była zima 2012/2013, kiedy pokrywa śnieżna utrzymywała się (z jedną przerwą) około cztery miesiące.
To zjawisko – niegdyś typowe, a obecnie coraz rzadsze w ocieplającym klimacie – ma duże znaczenie dla zasobów wodnych. I to nie tylko ze względu na zapas wody zgromadzony w śniegu. – Zalegająca pokrywa śnieżna ogranicza parowanie, a woda ze stopniowych roztopów penetruje glebę stopniowo, w przeciwieństwie do nagłych, ulewnych opadów – tłumaczy prof. Karaczun.
Jest jednak druga strona medalu – styczeń, choć śnieżny, był też dość suchy. Jak pokazują dane IMGW, w wielu częściach Polski spadło tylko około 50 proc. przeciętnej sumy opadów dla stycznia, a na południowym zachodzie – zaledwie około 20 proc. Wyjątkiem były okolice trójmiasta, gdzie styczeń był wyjątkowo mokry. Luty (wg danych do 24.02) był już zbliżony do normy w większej części kraju, ale w centrum i na wschodzie wciąż spadło około 60 proc. przeciętnych opadów dla tego miesiąca. Według prognoz ostatnie dni lutego nie przyniosą tu znacznej poprawy.
Warto też zwrócić uwagę na mocny podział geograficzny tegorocznej zimy – bowiem zupełnie inaczej zapamięta ją mieszkaniec Podlasia, a inaczej osoby na przykład z Dolnego Śląska. Północny wschód Polski był “biegunem zimna” z temperaturą aż 6°C poniżej normy, a w okolicach Warszawy odnotowano najgrubszą pokrywę śnieżną od 13 lat. Ale już na południowym zachodzie temperatura była tylko około 1,5°C poniżej średniej.
Jedna zima nie wystarczy
Dość śnieżna zima zapewne poprawi sytuację hydrologiczną na rzekach. Jednak wody powierzchniowe to tylko jeden z elementów hydrologicznej układanki. I mieszczący się w normie stan rzek jeszcze nie gwarantuje, że w kolejnych miesiącach nie będzie problemu z suszą w rolnictwie – ani nie oznacza, że odbudowane zostały narastające deficyty wód podziemnych.
W przypadku suszy rolniczej woda z roztopów utrzymuje się tylko przez jakiś czas – jeśli nie zostanie zatrzymana w krajobrazie.
– Żeby ryzyko suszy łagodzić, trzeba realizować to, o czym mówimy od dawna – czyli zatrzymywanie wody tam, gdzie spadła. Najlepiej działać w oparciu o przyrodę, czyli tak zwane nature-based solutions. Retencja glebowa, renaturalizacja mokradeł, bagien, retencja i dawanie wodzie miejsca, gdzie może zatrzymać się na długo – to wszystko pomogłoby łagodzić zagrożenie suszą – wymienia prof. Karaczun. – Niestety w Polsce mamy wciąż na dużą skalę istniejącą meliorację osuszającą, która działa odwrotnie i sprzyja temu, żeby woda szybko uciekała – dodaje.
Zatem jeśli wiosna będzie sucha i gorąca, to nie ma gwarancji, że susza i tak nie stanie się problemem kolejny rok z rzędu. Obecna eksperymentalna prognoza IMGW może dawać powody do ostrożnego optymizmu – przez wiosenne miesiące zarówno temperatura, jak i poziom opadów powinny utrzymywać się w normie. Warto przy tym zwrócić jednak uwagę, że obecna norma to średnia z lat 1991-2020, a więc okresu z temperaturą już wyraźnie podniesioną przez zmianę klimatu.
Kiedy zajrzymy głębiej, widać zaś skutki tego, że susza stała się chronicznym problemem. Jak pokazuje najnowsza prognoza sytuacji hydrogeologicznej, która przygotowuje regularnie Państwowa Służba Geologiczna, mimo zimowej pogody na luty prognozowano wystąpienie niżówki hydrogeologicznej – czyli niskiego stanu wód podziemnych – na znacznych obszarach kraju. Szczególnie na wschodzie kraju jest wysokie zagrożenie niżówką hydrologiczną.
Uzupełnianie wód podziemnych jest długotrwałym procesem, a ich obecny stan jest kumulacją wielu lat suszy. Dlatego jedna zima z pokrywą śnieżną i roztopami może w jakimś stopniu załagodzić problem niskiego stanu wód podziemnych, ale nie wystarczy, żeby go rozwiązać.
Prof. Karaczun zwraca uwagę na jeszcze jedno wyzwanie, jakie zmiana klimatu niesie dla rolnictwa – relatywnie wysoką temperaturę pojawiającą się zbyt wcześnie w roku. W ostatnich latach ciepłe tygodnie w jeszcze w czasie zimy powodowały szybki start wegetacji roślin, które były później narażone na przymrozki.
– Teraz wchodzimy w dość wrażliwy okres z perspektywy rolnictwa. W ciągu dnia zaczyna się robić ciepło, ale jeśli nastąpi to za szybko, to późniejsze przymrozki – których nie można wykluczyć – mogą być niebezpieczne, przede wszystkim dla drzew owocowych – mówi naukowiec i dodaje: – Dla upraw niebezpieczne są także duże różnice temperatury pomiędzy dniem, kiedy świeci słońce i temperatura silnie rośnie a nocą, gdy szybko się oziębia, a temperatura spada do kilku, a nieraz nawet do kilkunastu stopni poniżej zera.
Photo by Raimond Klavins on Unsplash