Zmień system żywnościowy!
Zróbmy to razem

Amoniak i pyły, antybiotyki i leki na depresję, a do tego hałas i odór – to stwierdzone w badaniach i obserwacjach efekty działalności ferm przemysłowych. Takie instalacje mają coraz większą skalę, a ich liczba – szczególnie ferm drobiu – rośnie mimo protestów mieszkańców wsi. Wkrótce ci, którzy nie chcą takiego sąsiedztwa, mogą mieć jeszcze bardziej pod górkę w związku z przepisami proponowanymi przez rząd.
– Przemysłowe fermy zwierzęce powodują emisje zanieczyszczeń do powietrza i wód, mają wpływ na stan gleb i bioróżnorodność. Ich negatywny wpływ na środowisko jest udokumentowany badaniami prowadzonymi od dziesięcioleci przez wielu naukowców na całym świecie – mówi nam dr hab. Jerzy Kupiec z Katedry Ekologii i Ochrony Środowiska Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu.
Specjalista w dyscyplinie kształtowania środowiska, inżynierii i ochrony środowiska od kilkunastu lat prowadzi monitoring jakości środowiska w otoczeniu ferm wielkoprzemysłowych. Jak mówi, mamy dziś do czynienia ze stałym zwiększaniem ich skali oraz koncentracji, a to z kolei oznacza zwiększoną presję na otoczenie, z którym ani środowisko, ani człowiek nie jest w stanie sobie poradzić.
Organizacje pozarządowe zajmujące się rolnictwem, prawami zwierząt i ekologią od dawna domagają się wprowadzenia ustawy odorowej, która regulowałaby skalę oddziaływania ferm oraz to, gdzie i na jakich warunkach mogą powstawać. Te przepisy od lat „są opracowywane” przez Ministerstwo Klimatu i Środowiska. Tymczasem resort rolnictwa proponuje zmianę prawa, która może mieć odwrotny skutek i jeszcze bardziej ograniczyć wpływ mieszkańców wsi na proces planowania i budowy szkodzących im ferm.
Ustawowa „ochrona funkcji wsi”
W tym roku najpierw rząd, a później prezydent wyszli z propozycjami ustaw, które mają służyć „wzmocnieniu ochrony rolniczych funkcji produkcyjnych wsi”. Przepisy proponowane przez Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi, jak czytamy w uzasadnieniu, mają służyć „ograniczeniu tzw. konfliktów sąsiedzkich wynikających m.in. z postępującej urbanizacji obszarów wiejskich”. Ochrona ta ma polegać m.in. na wprowadzeniu prawnego domniemania, że działalność rolnicza nie zakłóca korzystania z nieruchomości sąsiednich ponad przeciętną miarę.
Tego typu zakłócenie można będzie stwierdzić jedynie wtedy, gdy wykazana zostanie niezgodność działalności z przepisami prawa lub zasadami prawidłowej gospodarki rolnej. Problem w tym, że istniejące przepisy nie regulują (lub robią to w sposób dalece niewystarczający) uciążliwych i niebezpiecznych dla otoczenia emisji z ferm przemysłowych.
Jak wynika z uzasadnienia projektu, przygotowanego przez Ministerstwo Rolnictwa, ustawa ma być odpowiedzią na „liczne sygnały dotyczące problemów wynikających z immisji, takich jak hałas czy zapachy”. Nie chodzi jednak o problemy osób narażonych na negatywne skutki działalności rolniczej i hodowlanej. Resort koncentruje się na trudnościach zgłaszanych przez samych rolników i hodowców, którzy skarżą się na rosnącą liczbę skarg, a nawet pozwów sądowych składanych przez innych mieszkańców wsi.
Jedna z najbardziej głośnych jest sprawa Szymona Kluki z Grodziska pod Łodzią. Sąsiedzi pozwali go za uciążliwy zapach i hałas z chlewni, a sąd przyznał im rację i nakazał mu zapłatę 120 tys. zł zadośćuczynienia. Za Kluką wstawili się politycy od prawej do lewej strony polityki, w tym Ministerstwo Rolnictwa. Podczas posiedzeń sejmowych komisji podobne problemy zgłaszali również inni rolnicy. Skarżyli się na konflikty sąsiedzkie związane z zapachami towarzyszącymi produkcji rolnej, przejazdami maszyn rolniczych czy prowadzeniem prac polowych w godzinach nocnych.
W uzasadnieniu ustawy resort rolnictwa pisze także o zagrożeniach dla gospodarstw rolnych i powództwach sądowych opartych o „subiektywne odczucia”. Jednak organizacje pozarządowe obawiają się, że takie przepisy uniemożliwią dochodzenie swoich praw przez osoby żyjące w sąsiedztwie nie małych czy średnich gospodarstw, a wielkoskalowych ferm przemysłowych. W ich przypadku wpływ to zaś nie „subiektywne odczucia”, a realne, groźne dla zdrowia oddziaływania, co pokazują obserwacje i badania naukowe także z Polski.
Szkodliwy odór z ferm
Dr hab. Kupiec wymienia cały szereg negatywnych oddziaływań na człowieka i przyrodę, jakie wiążą się z działalnością ferm przemysłowych. – Jedną z najbardziej wrażliwych kwestii, bo dotyczącą bezpośrednio mieszkańców, jest uciążliwość odorowa. To nie tylko coś, co uprzykrza życie – te substancje mają też niekorzystne skutki zdrowotne. Jedna z najbardziej niebezpiecznych substancji odorowych emitowanych w bardzo dużych ilościach z ferm zwierzęcych jest amoniak, uznany przez Światową Organizację Zdrowia za substancję kancerogenną.
Jak wskazuje naukowiec, mieszkańcy okolic ferm „mogą być narażeni na amoniak przez całą dobę, 365 dni w roku”. – I nie muszą nawet żyć w bezpośrednim sąsiedztwie, bo badania wykazują, że amoniak bywa przenoszony na znaczne odległości. Dolegliwości zaczynają się od problemów skórnych, alergii, podrażnienia dróg oddechowych, ale na tym się nie kończą, wskazuje naukowiec.
Opublikowana w kwietniu tego roku przez Compassion in World Farming mapa stężenia amoniaku pokazuje, że jest ono najwyższe w obszarach z dużym zagęszczeniem ferm przemysłowych. Jak wymienia organizacja, narażenie na wdychanie amoniaku może grozić przewlekłym zapaleniem oskrzeli, opóźnionym rozwojem płuc u dzieci i rakiem płuc, a w konsekwencji skracać życie osób żyjących w okolicy ferm.
Kolejnym problemem, na jaki wskazuje dr hab. Kupiec, są pyły PM 10 i PM 2,5, które mogą powodować między innymi choroby serca i układu krążenia. A to tylko emisje bezpośrednio wpływające na zdrowie człowieka. Hodowla zwierząt jest również źródłem metanu oraz podtlenku azotu – dwóch silnych gazów cieplarnianych, które przyczyniają się do pogłębiania globalnych zmian klimatycznych.
Przemysłowa hodowla zwierzęca wpływa nie tylko na człowieka, ale także na ekosystemy. Jak tłumaczy dr hab. Kupiec, ogromne ilości azotu pochodzącego z emitowanego przez fermy amoniaku – od 60 do nawet kilkuset kilogramów na hektar rocznie – szkodzą ekosystemom i wielu rodzimym gatunkom roślin. – W przypadku nadmiaru azotu w środowisku pojawiają się gatunki nitrofilne, które często wypierają rodzime, chronione organizmy. Następuje spadek bioróżnorodności i degradacja całego ekosystemu – mówi badacz.
– Wiele z tych efektów nie jest zauważalnych po roku czy dwóch, ale mogą one postępować przez wiele lat. W przypadku lasów, moment, gdy widzimy pierwsze negatywne symptomy oznacza, że jest już dla nich za późno. Szczególnie lasy iglaste, z ich płytkimi systemami korzeniowymi, są bardzo wrażliwe na zwiększenie ilości azotu. Inne efekty – jak degradacja wód, kiedy z powodu nadmiaru azotu i fosforu pojawiają się zakwity glonów, fitoplanktonu i sinic, przyducha i śnięcie ryb, mogą występować bardzo szybko, wskazuje naukowiec.
Badania rzeki Pogony w woj. wielkopolskim, prowadzone w okolicach ferm, wykazały stężenie azotanów sięgające nawet 177,1 mg/L. Tymczasem zgodnie z unijną dyrektywą azotanową za zanieczyszczone uznaje się już wody, w których stężenie azotanów przekracza 50 mg/L. To jednak tylko jeden z przykładów. Z oficjalnych danych państwowych wynika, że w latach 2016–2021 dobry stan stwierdzono jedynie w 0,4 proc. wód powierzchniowych w Polsce, podczas gdy 94,6 proc. otrzymało złą ocenę stanu.
Fermy produkują ogromne ilości odchodów zwierzęcych. Wyzwaniem jest zarówno ich zagospodarowanie, jak i przechowywanie. – W raportach o oddziaływaniu na środowisko wielokrotnie widziałem deklaracje, że odchody nie są przechowywane na terenie fermy, a jednocześnie, że będą zagospodarowane po zakończeniu cyklu produkcyjnego, czyli de facto będą przechowywane. Znam przykłady, że odchody latami zalegały na polach – mówi dr hab. Kupiec. Pomiot kurzy i inne odchody zwierzęce są także wykorzystywane jako nawóz. Problem w tym, że poza składnikami potrzebnymi do wzrostu roślin mogą zawierać też różnego rodzaju zanieczyszczenia, które później są deponowane w glebie i wodzie.
Antybiotyki i patogeny
Emisje chemiczne nie są jednym problemem. Osobną kategorią zagrożeń są patogeny i zanieczyszczenia mikrobiologiczne. – Fermy emitują bardzo duże ilości zarodników grzybów pleśniowych. Razem z pyłem tworzą tak zwane bioaerozole i w tej formie mogą przemieszczać się na duże odległości – mówi dr hab. Kupiec. – Przy takim zagęszczeniu ferm, jakie mamy w Polsce, nie tylko mieszkańcy wsi, ale i miast nie są bezpieczni – dodaje.
Pojawiają się też tak zwane wektory zanieczyszczeń. Na przykład muchy – wyjaśnia nam naukowiec – potrafią pokonać 2 km dziennie w poszukiwaniu pokarmu, przenosząc przy tym zanieczyszczenia mikrobiologiczne. – Są też inne wektory, jak gryzonie, które stanowią zagrożenie zarówno dla dziko żyjących zwierzą, jak i ludzi. W ciągu ostatnich 25 lat właściwie większość pandemii i problemów epidemicznych, była związana z hodowlą zwierzęcą – od choroby szalonych krów po ptasią grypę – wskazuje dr hab. Kupiec.
Badania prowadzone przez dr hab. Kupca w Polsce, a także te prowadzone przez naukowców na świecie, pokazują, że z ferm przemysłowych wydostają się też różnego rodzaju substancje farmakologiczne, jak antybiotyki, czy hormony.
– Mało kto wie, że antybiotyki stosuje się jako stymulatory wzrostu zwierząt, choć jest to zakazane. W jednym z badań sprawdzaliśmy próbki pomiotu z ferm indyków oraz brojlerów. Stwierdziliśmy w nich obecność niemal 30 różnych substancji farmaceutycznych: 8 rodzajów antybiotyków, 3 hormony i wiele substancji o działaniu przeciwbólowym, poprawiającym krążenie i antydepresyjnym. Kiedy na polach używa się nawozu z takich ferm, to wszystko trafia do gleby i wody – mówi naukowiec.
– Antybiotyki są bardzo odporne na rozkład w środowisku. Prowadziliśmy z Uniwersytetem Łódzkim i Warszawskim Uniwersytetem Medycznym badania dotyczące antybiotykooporności w uprawach warzyw. Okazało się, że geny antybiotykooporności znajdowaliśmy nie tylko w samej glebie, ale też w uprawianej tam rzodkiewce, co jest bardzo niebezpieczne – podkreśla.
Dlaczego? Bo antybiotyki są niezwykle ważnym elementem naszej medycyny, a czasem jedyną bronią w walce z niektórymi chorobami. Jednak ich nieracjonalne stosowanie powoduje utratę efektywności leczenia na skutek wykształcania odporności na antybiotyki. Z powodu ich powszechnego stosowania w hodowli zwierzęcej, problem narasta wraz ze wzrostem ryzyka pojawiania się nowych szczepów bakterii odpornych na antybiotyki.
Już w 2018 roku w raporcie „The Urgent Case for a Ban on Factory Farms” pisano, że zwiększona odporność na antybiotyki „jest źródłem 33 000 zgonów każdego roku w Europie, z rocznymi kosztami opieki zdrowotnej i stratami związanymi ze spadkiem wydajności łącznie przekraczającymi kwotę 1,5 miliarda euro”.
Problematyczny hałas
Jedną ze zmian proponowanych przez ministerstwo rolnictwa jest nowelizacja Kodeksu wykroczeń, która przewiduje wyłączenie odpowiedzialności za zakłócanie spokoju lub ciszy nocnej, jeśli wynika ono z prowadzenia działalności rolniczej zgodnej z prawem i zasadami gospodarki rolnej. Na posiedzeniach komisji sejmowych poświęconych problemom rolników można było usłyszeć o sytuacjach, w których sąsiedzi rolników dzwonią na policję, bo ci używają traktora lub pracują na polu w nocy (co jest normalną praktyką rolniczą).
Jednak inaczej widzi to Instytut Ekologii Akustycznej, organizacja pozarządowa, która zajmuje się problemem zanieczyszczenia hałasem. Jak pisze w odpowiedzi na nasze pytania jej prezes, Alan Grinde, należy rozróżnić tradycyjne, sezonowe prace polowe, które generują hałas okresowy, krótkotrwały i zmienny od przemysłowej hodowli zwierząt. W jej przypadku hałas jest ciągły, całoroczny i całodobowy – są to m.in. wentylatory budynków inwentarskich, systemy paszowe, agregaty, transport.
I podczas gdy to te pierwsze są „twarzą” projektu ustawy – zauważa Grinde – to instytut we własnej działalności widzi, że przedmiotem zgłoszeń i interwencji obywatelskich wcale nie są typowe prace w polu. „Zgłoszenia dotyczą instalacji przemysłowych pracujących bez przerwy, nie sezonowego rytmu pola” – pisze Grinde i zauważa, że szeroka definicja „działalności rolniczej” zrówna w ustawie fermę na kilkadziesiąt tysięcy sztuk z gospodarstwem rodzinnym.
Organizacja podkreśla, że hałas nie jest tylko niedogodnością, ale zagrożeniem zdrowotnym. Według danych Europejskiej Agencji Środowiska w Polsce z powodu chronicznej ekspozycji na hałas umiera przedwcześnie 4120 osób rocznie. A – pisze Grinde – ta liczba i tak jest niedoszacowana, bo obejmuje wyłącznie hałas transportowy i tylko obszary objęte strategicznymi mapami hałasu. Ponadto „hałas ma drastycznie negatywny wpływ na rozwój dzieci, ich zdolności kognitywne oraz efektywność nauki”. Osobnym problemem jest negatywny wpływ hałasu na zapylacze, od których paradoksalnie uzależniona jest znaczna część produkcji rolnej.
Organizacja ocenia cały projekt Ministerstwa Rolnictwa krytycznie. „W ramach konsultacji złożyliśmy stanowisko zawierające aż 55 uwag merytorycznych, co według nas dyskwalifikuje w ogóle pomysł na tę ustawę. Projekt nie rozwiązuje realnego problemu, lecz przerzuca jego koszty na najsłabszą stronę – mieszkańców wsi, w tym dzieci i rodziny samych rolników, a w dalszej kolejności na NFZ i zwiększone koszty leczenia chorób, które powstają od chronicznej ekspozycji na hałas” – ocenia Instytut Ekologii Akustycznej.
Zwraca też uwagę, że samo Ministerstwo Rolnictwa (co przyznało w odpowiedzi na wniosek o informację publiczną) nie zleciło ani nie przeprowadziło żadnych analiz – akustycznych, zdrowotnych ani innych – i nie dysponuje danymi o skali problemu (liczbą pozwów, mandatów, wyroków wobec rolników), który ustawa rzekomo rozwiązuje.
Zamiast przepisów, które według organizacji przyniosą więcej szkód niż pożytku, można zastosować inne rozwiązania: okresową ochronę prac rolnych (na przykład na okres żniw), wprowadzenie norm hałasu, będących kompromisem między działalnością rolniczą a potrzebami mieszkańców, czy dofinansowanie izolacji akustycznej gospodarstw. Wiele mogłoby poprawić też lepsze planowanie przestrzenne.
Niedostosowane do krajobrazu
Gdy fermom hodowlanym sprzeciwia się lokalna społeczność, od inwestorów można usłyszeć, że obawy o odór czy emisje są „przesadzone”, a niedogodności będą ograniczane na przykład przez stosowanie specjalnych preparatów neutralizujących zapach.
Jednak jak mówi dr hab. Kupiec, możliwości ograniczania emisji substancji odorowych, w tym amoniaku, są ograniczone. – Da się ograniczyć emisję maksymalnie o 5-10 procent, stosując odpowiednią dietę dla zwierząt, dodając do ściółki np. substancje wiążące azot. Ale to oznacza dodatkowy koszt dla przedsiębiorcy. A przy emisjach rzędu np. 100 ton amoniaku konieczne byłoby stosowanie dużych ilości takich substancji, czy mikroorganizmów wiążących azot – wskazuje. I – jak mówi – w raportach oddziaływania na środowisko pojawiają się absurdalne deklaracje o tym, jak fermy zamierzają ograniczać negatywne efekty hodowli. – Na przykład, że inwestor zastosuje wentylatory do ograniczenia emisji amoniaku. Wentylatory niestety nie ograniczą emisji, a służą tylko do „wypchnięcia” zanieczyszczonego powietrza na zewnątrz. Inny przykład: emisje azotu miał ograniczyć wąski szpaler drzew wokół budynków inwentarskich. Wykonując obliczenia okazało się, że aby przyswoić azot z samego wyemitowanego przez fermę amoniaku, należałoby wykonać nasadzeń drzew na tysiącach hektarów.
Wpływ ferm na środowisko i otoczenie, jak stężenie amoniaku czy emisje pyłów, dałoby się mierzyć. Ale obecnie nie ma takich wymogów, a w sporach inwestor-mieszkańcy mamy słowo przeciwko słowu. Jeśli proponowane przez rząd przepisy wejdą w życie, to ci drudzy będą w jeszcze gorszej pozycji.
Fundamentalnym problemem jest według badacza to, że fermy przemysłowe są budowane w sposób kompletnie niedopasowany ani do uwarunkowań środowiskowych, ani do uwarunkowań przestrzennych. – To wielkie hale przemysłowe, zupełnie niepasujące do krajobrazu wsi. Inwestorzy mówią, że fermy były zawsze i „nikomu nie przeszkadzały”. Pamiętam fermy hodowlane jeszcze z lat 80., ale one miały zupełnie inny charakter i skalę. Były to rozproszone i dużo mniejsze skupiska zwierząt, a więc i ich wpływ na środowisko był znacznie mniejszy. Nie wywoływały one konfliktów przestrzennych, bo były mniej uciążliwe dla mieszkańców. Kiedyś produkcja zwierzęca była też rozproszona w małych i średnich gospodarstwach indywidualnych. Mieliśmy ponad dwa miliony takich gospodarstw i w większości tego typu podmiotów prowadzona była produkcja zwierzęca – mówi i dodaje: – Teraz mamy o połowę mniej gospodarstw indywidualnych, a produkcja zwierzęca jest skoncentrowana na fermach. Emisje zanieczyszczeń też są skoncentrowane, a środowisko nie jest w stanie poradzić sobie z tak dużą ilością zanieczyszczeń emitowanych z jednego miejsca.
Tymczasem obecnie brakuje przepisów i zasad lokalizowania takich ferm, jak wspomniane pomysły ustawy odorowej. – Przeciwnie, każde kolejne akty prawne działają na korzyść inwestorów. Pamiętajmy, że zasoby środowiskowe i przyrodnicze to nasze wspólne dziedzictwo i własność. Żadna grupa społeczna nie ma prawa do ich zawłaszczania, ani decydowania o naszej wspólnej przestrzeni – powietrzu, glebie, czy wodzie – mówi dr hab. Kupiec.
Photo by Sourav P V on Pexels