Zmień system żywnościowy!
Zróbmy to razem

Piotr i Izabella Miklaszewscy przebyli 44 kraje autostopem i jachtostopem, by zobaczyć, jak kryzys klimatyczny i system żywnościowy splatają się w globalną pułapkę. Z kanapowców stali się aktywistami, którzy wierzą, że to, co kładziemy na talerz, to decyzja o przyszłości planety i nas samych. Opowiadają, jak jedzenie mięsa za kilka dekad może być postrzegane jak dziś palenie czarownic czy niewolnictwo rasowe, dlaczego lokalność jest kluczem do ratunku oraz jak empatia może przełamać społeczne bariery. Mówią o ulicznym jedzeniu zawiniętym w liście bananowca, o rdzennych społecznościach pozbawionych wody i lasów, a także o tym, jak wspólne posiłki mogą budować więzi i zmieniać świat. Kawałek po kawałku.
Nasza planeta, jak mówią, to miejsce pełne sprzeczności. „Z perspektywy kosmosu Ziemia wygląda jak rzeźnia, nadajnik krzywd. Nie rozumiemy, jak ktokolwiek może to tolerować – zwłaszcza ktoś, kto uważa się za religijnego lub uduchowionego. A jednak widzieliśmy też piękno planety: jej najbardziej dzikie fragmenty, lodowce, lasy równikowe, rzeki. To, co człowiek czuje w takich miejscach, zostaje z nim na zawsze.”
Morgan Janowicz: „Podróże z Pazurem”, czyli kto? I dlaczego zdecydowaliście się dołączyć do Federacji Bezpieczna Żywność?
Piotr i Izabella Miklaszewska: Kiedyś było nas 3, teraz 5. Iza i Piotr Miklaszewscy oraz psy: Snupek, Lawa, Florek – one nie są weganami, ale od lat są na karmie z owadów. To Snupek sprawił, że jesteśmy autorami książek, edukatorami i aktywistami. Poznaliśmy się w gimnazjum, ale parą jesteśmy od 2008. W 2010 r. adoptowaliśmy Snupka i z kanapowców spędzających wieczory przy filmie czy książce, staliśmy się miłośnikami spędzania czasu w naturze, a potem podróżnikami. Chociaż to słowo ma coraz gorsze nacechowanie, więc może… obieżyświatami. 4 lata spędziliśmy przemieszczając się autostopem, jachtostopem po 5 różnych kontynentach i Atlantyku. To co zobaczyliśmy, otworzyło nam oczy w kwestii zapaści klimatu i dewastacji ekosystemów. W trakcie wyprawy zaczęliśmy z bloga podróżniczo-psiego zamieniać się w edukacyjno-aktywistyczny. Kiedy wróciliśmy do Polski w 2021 r., skupiliśmy działania na realnym świecie. System żywności jest kluczem nie tylko do zatrzymania zapaści klimatu, zatrucia rzek, wylesiania, ale jest chyba najbardziej namacalną ideą (w porównaniu np. do ograniczania konsumpcjonizmu czy transformacji energetycznej), która umożliwia budowanie lepszego człowieka, uczenia wyższych wartości, empatii – to zagadnienie, które wiąże wszystko.
Bywamy nieustannie w szkołach i na wydarzeniach kulturalnych organizowanych przez samorządy. Widzimy, jak fatalnie ten system obecnie funkcjonuje, tam gdzie powinien dawać przykład. Federacja to przestrzeń, w której możemy się przydać a jednocześnie wykorzystać pracę i wiedzę innych w niej zrzeszonych. To siła, znacznie lepsza niż rozproszone elektrony próbujące zmieniać malutkie wycinki systemu samodzielnie.
Jeśli chodzi o Federację, jak poznaliśmy Was osobiście, Ciebie i Anię, Wasze zaangażowanie, to wiedzieliśmy, że ta inicjatywa przyniesie spektakularne zmiany, które zaczynają się dziać na poziomie szkół czy szpitali.
Morgan Janowicz: Podróżując przez świat autostopem i jachtostopem odwiedziliście 37 krajów, poznając różne kultury żywnościowe. Co te doświadczenia nauczyły Was o tym, jak różne społeczności podchodzą do produkcji i konsumpcji żywności? Jakie praktyki mogłyby inspirować polską transformację systemu żywnościowego? Jak ta „wolna podróż” – świadomie realizowane bez samolotów, wolno, blisko życia lokalnych społeczności – zmienia perspektywę na codzienne wybory konsumenckie, w tym związane z żywnością?
Piotr i Izabella Miklaszewska: Nawet więcej niż 37, wspólnie ze Snupkiem odwiedziliśmy już 44 kraje. W krajach Ameryki Łacińskiej jedzenie uliczne często zawija się w liście bananowców lub po prostu papier. Zdarzało się nam jednak odwiedzać miejsca, gdzie brak czystej wody uniemożliwia mycie naczyń, więc jedzenie podaje się w jednorazówkach. W Chile, Meksyku i wielu innych krajach owoce morza i sushi to jedzenie najuboższych – to pokazuje, jak w Europie ulegamy modzie na jedzenie czegoś egzotycznego, zamiast skupić się na lokalności. W polskich aptekach i supermarketach mamy proszki z superfood z Brazylii czy z Azji, by się nimi leczyć i budować odporność, a zapominamy o naszych rodzimych, jak buraki, jarmuż, siemię lniane, rokitnik, pokrzywa, aronia, czarny bez, kiszonki, kasze, orzechy włoskie czy natka pietruszki. Niektóre doceniamy, ale wiele pozostaje w bardzo ograniczonym użyciu, np. buraki – najczęściej występują tylko jako dodatek do kotleta mielonego lub schabowego. Zamiast tego można zrobić kotlety i „steki” z buraka, soki warzywno-owocowe, dania pieczone w piekarniku, galaretki czy buraczane brownie.
W Brazylii popularne są knajpy obiadowe, gdzie jesz, ile chcesz, ale jeśli cokolwiek zostanie na talerzu, traci się zniżkę, a przynajmniej obsługa bardzo krzywo na to patrzy. Tymczasem w Polsce brakuje tanich restauracji z jedzeniem na wagę. Kontrastów jest więcej. U nas jedzenie wegańskie zdobywa na popularności, ale dalej jest stosunkowo drogie, podczas gdy w wielu rejonach świata wegańskie/wegetariańskie knajpy są właśnie takimi tanimi bufetami, które są też miejscami spotkań grup walczących o inne wartościowe społeczne cele. W innych krajach, gdy pytaliśmy o posiłki bez mięsa, to zawsze coś wymyślali i dodatkowo obniżali nam cenę.
W wielu krajach jedzenie jest tanie w knajpach czy tak wprost z ulicy, ludzie nie gotują w domach tak dużo, jak u nas. Być może to pomogłoby walczyć z marnowaniem jedzenia (bo gospodarstwa domowe znacznie wyprzedzają punkt gastronomiczne w ilościach odpadów).
W wielu krajach nie ma też zasady, że kupując większe opakowanie płaci się proporcjonalnie taniej za kilogram czy litr. Z jednej strony duże opakowanie może zmniejszyć ilość śmieci, z drugiej strony przyczynia się do marnowania jedzenia i wykształca nadkonsumpcyjne nawyki: przejadania się, zatracania przyjemności delektowania się, szukania wiecznych promocji i robienia z tego niemal uzależnienia. W wielu krajach mięso albo je się od święta, a nawet jeśli na co dzień, to znacznie mniejsze jego ilości i zjada się wszystko – nic się nie marnuje. Podroby na szaszłyku, nogi w zupie czy popularna w Peru „caldo de cabeza”, rosół gotowany na głowie.
No i lokalność! Podczas gdy u nas zachwycamy się zagranicznymi daniami, w wielu kręgach ludzie krzywo patrzą na coś zagranicznego. W polskich restauracjach wciąż powtarza się może 5–7 „tradycyjnych” potraw (bo często nawet niepolskich), a te naprawdę rodzime znikają z menu. W innych krajach kultywowany jest znacznie szerszy repertuar. To też sprzyja lokalności składników i przywiązywania większej wagi do jakości jedzenia.
W wielu krajach wspólny domowy posiłek to bardzo ważna sprawa – może nie tyle ceremonia, co rytuał. Jeśli nie ten w godzinach 12-14, to przynajmniej wieczorny. Przyrządza się go wspólnie. W Polsce tymczasem posiłek staje się coraz bardziej kwestią indywidualną każdego domownika i niejako traceniem czasu wobec pozostałych zajęć, więc idziemy w coraz gorsze jakościowo gotowce. No i bazary, a Ameryce Łacińśkiej – mercado central. To tam większość ludzi zaopatruje się w warzywa i owoce, a nie w sieciówkach. Wystawcy na koniec dnia robią gigantyczne promocje, a nawet oddają klientom jedzenie za darmo. Nie ma wyrzucania, a jeśli jest to w sposób, by ktoś te produkty mógł ze śmieci zabrać komfortowo i sprawnie, a nie poniżający godność.
Smak lokalnych, świeżych owoców i warzyw jest nie do porównania z tym, co sprowadzamy z drugiego końca świata. Tak jak mango w Polsce nam nie smakuje, tak jabłka w Chile czy Peru nie dorównują polskim. W wielu zakątkach Ameryki (ale też np. Turcji czy Maroka) nasze problemy alergiczne na niektóre warzywa i owoce zniknęły. Utwierdziło nas to w przekonaniu, że to preparaty używane do traktowania żywności w Europie są ich przyczyną.
Wiele miejsc nie uległo też wielkim sieciowym sklepom. Nie ma ich tyle, co u nas, nawet w Turcji, Brazylii, Meksyku i innych dobrze już rozwiniętych krajach. A ludzie jeśli do nich chodzą, to jednak potrafią się powstrzymać od kupowania w nich wszystkiego. Dzielą zakupy na te kupowane w nich, i te kupowane u małych, lokalnych sprzedawców.
Morgan Janowicz: W swoich relacjach podkreślacie, że „katastrofa klimatyczno-ekologiczna już trwa i przeplata się z licznymi niesprawiedliwościami społecznymi oraz naszymi codziennymi decyzjami”. Jak obserwacje z podróży wpływają na Wasze rozumienie związku między systemem żywnościowym a kryzysem klimatycznym?
Piotr i Izabella Miklaszewska: To nie jest proste, bo przecież można podróżować, patrzeć i nie rozumieć nic, ani nawet nie zastanawiać się, co było tu wcześniej, albo co z tego wynika. Można, tak jak my, podróżować przez południową Brazylię, północną Argentynę czy Paragwaj i czekać 24 godziny na stopa, ponieważ mija nas zaledwie kilka samochodów – wokół rozciągają się przez dziesiątki, a nawet setki kilometrów wyłącznie plantacje soi. Jeśli ktoś nie zainteresuje się tym, że jeszcze niedawno był tu drugi co do wielkości las na kontynencie (las atlantycki) albo że ponad 80% soi trafia na paszę dla zwierząt, a nie na produkcję tofu, to takie doświadczenie nic mu nie da. Ja jednak z wykształcenia i kilkuletniego doświadczenia zawodowego byłem dziennikarzem prawnym, więc lubiłem szukać powiązań i tak odkrywam pełniejszy obraz. Przede wszystkim nasze obserwacje to było coś, co wywarło na nas emocjonalny wpływ i słyszeliśmy opowieści z pierwszej ręki, a nie tylko suche dane. Widzieliśmy ludność rdzenną pozbawioną dostępu do wody i lasów, które były dla nich źródłem pożywienia. W zamian na polach pracę otrzymywało tylko kilka osób. Słuchaliśmy opowieści ludzi, którzy zapraszali nas zarówno do swoich aut, jak i domów, i opowiadali o zmianach, które zaszły w ciągu ostatnich 15–20 lat.
Morgan Janowicz: Jako twórcy komiksów dla dzieci i młodzieży oraz edukatorzy ekologiczni prowadzący prelekcje w szkołach – jak można najskuteczniej rozmawiać z młodymi ludźmi o odpowiedzialności za system żywnościowy i planetę? Jakie przekazy rezonują najlepiej?
Piotr i Izabella Miklaszewska: Empatia. Choć wydaje nam się czasem, że dzieci potrafią być wyjątkowo brutalne i bezduszne – i to dzieje się niestety przez nas, przez dwulicowość, jaką jako rodzice, szkoła i całe społeczeństwo przekazujemy im wraz z dorastaniem. W pewnym momencie ta dwulicowość działa na nie niczym uderzenie. To my zabijamy w nich te dobre uczucia, które w określonym oknie rozwojowym są ogromne. Gdybyśmy potrafili je umocnić, a przynajmniej tylko podtrzymać, moglibyśmy wychować pokolenie na zupełnie innym poziomie humanitaryzmu. Zawsze zadajemy dzieciom pytanie, czy to sprawiedliwe zabijać kogoś na podstawie wyglądu pyszczka, ilości czy faktury futra, wielkości, inteligencji rozumianej przez tylko ludzkie postrzeganie inteligencji. Czy sprawiedliwie jest zabierać innym, wyłącznie dla własnego tylko komfortu. Prawie wszystkie, bez chwili wahania i stanowczo odpowiadają że „nie”. Miłość do zwierząt i natury jest w dzieciach wrodzona. To gotowe, wystarczy tego nie psuć. Widzimy też, jak pomagają w tym nasze psy – to jeden z nielicznych pomostów między światem ludzi, a światem zwierząt i budowania do nich szacunku. Zwłaszcza gdy tej natury wokół nas jest coraz mniej. Gorzej, że ogrom społeczeństwa robi z psów zwierzęta lepsze od innych – to ten pomost burzy.
Morgan Janowicz: Co motywuje Was do zaangażowania się w działania w obszarze systemu żywnościowego?
Piotr i Izabella Miklaszewska: Codziennie widzimy, jak jest źle: albo przez marnowanie jedzenia (z powodu zbyt dużych porcji, nieapetycznego podania czy pewnych elementów posiłku) albo przez fatalną jakość jedzenia – nie chodzi tylko o kiełbaski, ale też o gorzką i niesmaczną marchewkę, która może skutecznie zniechęcić do jej jedzenia na całe życie. Widzimy ogromny odsetek dzieci z nadwagą. “Rasizm stołówkowy”, czyli dzielenie dzieci na pomieszczenia w zależności od tego, czy mają dietę mięsną, czy wegetariańsko-wegańską może odbierać szansę na znalezienie przyjaźni lub miłości na całe życie i jednocześnie ogranicza ich horyzonty. To z jednej strony motywuje, z drugiej dołuje – choć w mniejszym stopniu, bo wiemy przecież, jak łatwo można to zmienić na lepsze. Z korzyścią dla całej społeczności – rolników, dostawców, rodziców. Powoli tracimy jednak nadzieję na uratowanie świata przed katastrofą klimatyczną, więc przynajmniej chcielibyśmy ratować konkretne życia zwierząt. Mamy trzy psy, z którymi łączy nas bardzo bliska więź. Widząc ich inteligencję i empatię, rozdziera nas myśl o tym, jak miliardy podobnych im istot żyje w ciągłym strachu i bólu, wszystko to dla posiłku na talerzu. Z perspektywy kosmosu Ziemia wygląda jak rzeźnia, nadajnik krzywd. Nie rozumiemy, jak ktokolwiek może to tolerować – zwłaszcza ktoś, kto uważa się za religijnego lub uduchowionego.
A jednak, widzieliśmy piękno planety. Jej najbardziej dzikie fragmenty, lodowce, lasy równikowe, rzeki. To, co człowiek czuje w takich miejscach, jest nie do opisania i zostaje w nim na zawsze. Każdy powinien móc tego doświadczyć, niekoniecznie jadąc tysiące kilometrów, lecz również w swoim najbliższym otoczeniu.
Morgan Janowicz: Jakie jest Wasze marzenie? W jakim świecie chcielibyście żyć?
Piotr i Izabella Miklaszewska: Marzenia często definiowane są jako nieosiągalne, ale wierzymy, że jeśli nie dojdzie do nagłej i spektakularnej zapaści klimatycznej, to za 20–50 lat jedzenie mięsa będzie przez ówczesną cywilizację traktowane tak, jak dziś postrzega się palenie czarownic na stosie czy niewolnictwo rasowe. Może uda nam się to zobaczyć, gdy będziemy mieli 60 czy 90 lat. Posłużymy się tutaj cytatem Henry’ego Bestona: „W świecie starszym i bardziej kompletnym od naszego żyją sprawnie i doskonałe. Obdarzone rozszerzonymi zmysłami, które my już dawno zatraciliśmy, lub których nigdy nie osiągnęliśmy. Żyjąc w świecie głosów, których nigdy nie będzie dane nam usłyszeć, nie są naszymi braćmi, ale nie są też naszymi podwładnymi, są… innymi narodami! Schwytanymi razem z nami w sieć życia i czasu, są współwięźniami cudowności i trudów Ziemi.” Chcielibyśmy, aby ludzie zrozumieli, że natura nie jest obok nas, ale jesteśmy jej częścią. To chyba też część odpowiedzi, na poprzednie pytania – jak mówić do dzieci.
Piotr – magister dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Izabella Miklaszewska – graficzka komputerowa ze szczególnym upodobaniem animacji i 3D. Całe nastoletnie życie spędziła w Niderlandach, więc często nie ogarnia typowych dla Polski absurdów. Od czasu wyprawy rozpoczętej w 2017 r. nie powrócili do swoich zawodów. Prowadzą autorskie zajęcia z edukacji globalnej (ze szczególnym naciskiem na ekologiczną) w szkołach, domach kultury i festiwalach w całej Polsce dla słuchaczy w każdy wieku (blisko 500 spotkań i ponad 20 tysięcy słuchaczy). Współtworzą fundację Rodzice dla Klimatu (choć sami nie posiadają dzieci), pomagają w pracach pierwszego w Polsce domu kultury poświęconego planecie: Gniazdo – Centrum Aktywizmu Klimatycznego w Warszawie i współpracują z wieloma innymi ruchami i inicjatywami społecznymi, w tym Federacją Bezpieczna Żywność. Autorzy odcinkowej powieści komiksowej „Podróże z Pazurem” o charakterze przygodowo-edukacyjnym oraz poradnika aktywnego spędzania czasu z psem „Wyszczekane Podróże”.
