„Nie możemy odwracać wzroku od problemu” – o fermach widmo w Polsce

Z końcem marca na łamach The Bureau of Investigative Journalism ukazał się artykuł dotyczący najnowszego śledztwa, nad którym Agata A. Skrzypczyk pracowała wspólnie z Andrew Wasleyem*. Dotyczy ono funkcjonowania przemysłowych ferm drobiu w Polsce oraz potencjalnych luk w systemie kontroli środowiskowej i sanitarnej. Opisują oni przypadki tzw. „ferm widmo”, które funkcjonują bez wymaganych pozwoleń, a także wskazują na potencjalne konsekwencje tego zjawiska dla zdrowia ludzi, stanu środowiska oraz bezpieczeństwa żywności – nie tylko w Polsce, ale i w całej Europie.

Rozmawiamy z Agatą A. Skrzypczyk o kulisach tej sprawy oraz o tym, jakie realne skutki mogą mieć opisane nieprawidłowości.

Punktem wyjścia do rozmowy jest historia Janka, 11-miesięcznego chłopca, który trafił do szpitala w stanie skrajnego wyczerpania organizmu. Był silnie odwodniony, ledwo przytomny, a jego nerki przestały funkcjonować. Mimo wdrożonego leczenia jego stan stale się pogarszał. Przestał jeść, pojawiły się gorączka, żółtaczka oraz wymioty. W końcu zdiagnozowano u niego szczep bakterii E. coli oporny na leczenie antybiotykami, a zakażenie miało związek z sąsiedztwem hodowli indyków.

Dagmara Szastak: Czy bezpośrednim impulsem do podjęcia tego tematu była historia Janka z Czepielina – jednej z wielu niewyjaśnionych spraw zachorowań wśród lokalnych dzieci?

Agata A. Skrzypczyk: Historia Janka wydała nam się adekwatnym otwarciem, obrazującym czemu powinniśmy tym tematem się przejmować. Ciężkie, prawie śmiertelne, doświadczenie Janka pokazuje nam, że nie możemy odwracać wzroku od problemu nieuregulowanych ferm drobiu. Mało tego, zmusza nas żebyśmy zaczęli wymagać rozwiązania problemu od naszych regulatorów i władz.

Fermy widmo – ghost farms, bo tak jak nazwaliśmy je w artykule, to fermy, które funkcjonują w Polsce bez europejskiego pozwolenia zintegrowanego, czyli pozwolenia IPPC (Integrated Pollution Prevention and Control). Jest to pozwolenie wymagane prawem Unii Europejskim, określające kompleksowe warunki korzystania ze środowiska dla instalacji przemysłowych mogących powodować znaczne zanieczyszczenia, oparta na stosowaniu najlepszych dostępnych technik. Muszą je posiadać instalacje przekraczające ustawowy próg. W przypadku ferm drobiu, jest to 40 tysięcy stanowisk dla ptaków.

Na podstawie dokumentów, które uzyskaliśmy w ramach dostępu do informacji publicznej, szacujemy, że w Polsce funkcjonuje prawie tysiąc ferm drobiu bez wymaganego pozwolenia zintegrowanego. Oficjalna liczba ferm z pozwoleniami zintegrowanymi to niewiele ponad tysiąc, a według naszych ustaleń całkowita ilość instalacji wymagających tego pozwolenia to aż 2 tysiące. Większość z nich funkcjonuje w oparciu o krajowe decyzje administracyjne, wydane pozwolenia środowiskowe, warunki zabudowy oraz zgody weterynaryjne. Wymagane prawem europejskim pozwolenie zintegrowane jednak w jakiś sposób umyka naszym krajowym instytucjom, kontrolującym fermy drobiu. Brak pozwolenia zintegrowanego oznacza m.in. brak kontroli Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska, które w innym przypadku odbywałby się przynajmniej raz na trzy lata. Funkcjonowanie bez pozwolenia zintegrowanego oznacza mniejszą kontrolę nad warunkami produkcji i zanieczyszczeniami do środowiska, a co za tym idzie – większe ryzyko obniżenia standardów hodowli.

Dagmara Szastak: Mówimy o ponad 900 instalacjach z 2 tysięcy ferm drobiu w Polsce. Jak udało się Państwu ustalić tę liczbę, biorąc pod uwagę, że nie wszystkie figurują w oficjalnym rejestrze?

Agata A. Skrzypczyk: Wraz z biurem dziennikarstwa śledczego w Londynie od kilku lat przyglądamy się polskim fermom przemysłowym. Temat analizowaliśmy z różnych perspektyw – wcześniej interesowała nas między innymi sprawa firmy SuperDrop, której przypisywano wypuszczenie na rynek kurczaków z bakterią Salmonella. Sprawę tą opisywaliśmy w magazynie the Guardian. [red. SuperDrop jest jednym z czołowych producentów tzw. drobiu w Polsce, obecnym na rynku od ponad 30 lat]

Badając rynek drobiu w Polsce odnieśliśmy wrażenie, że prawdziwa skala biznesu musi być większa niż wynikałoby to z oficjalnych rejestrów. Naszą uwagę zwróciło również zużycie antybiotyków w Polsce. Z danych Europejskiej Agencji Leków wynika, że Polska zajmuje drugie miejsce w Unii Europejskiej pod względem stosowania antybiotyków w hodowli zwierząt.
Nie do końca zgadzało się to z oficjalnie prezentowanymi danymi, co skłoniło nas do dalszego sprawdzania tego obszaru. Ilość ferm wielkotowarowych, czyli tych powyżej 40 tysięcy sztuk, jest zaniżona w oficjalnych rejestrach i nie koreluje z tak wysokim zużyciem antybiotyków w przemyśle.

Temat ferm widmo wypłynął w małej miejscowości Czepielin, położonej w powiecie siedleckim. Region ten jest jednym z największych ośrodków drobiowych w Polsce. Mieszkańcy tej miejscowości wzięli pod lupę wielkotowarową fermę indyków położoną w ich sąsiedztwie. Ich zdaniem, mogła się ona przyczynić do skażenia gminnego ujęcia wody bakteriami kałowymi, którymi następnie zatruły się dzieci. Podczas obywatelskiego śledztwa, w ramach którego szukali źródła skażenia wody pitnej, odkryli, że owa ferma przez wiele lat funkcjonowała bez pozwolenia zintegrowanego, pomimo tego, że jej wielkość wskazywała na obsadę przekraczającą 100 tysięcy ptaków.

Historia tej fermy indyków postawiła bardzo ważne pytanie – skoro ta ferma była w stanie funkcjonować bez pozwolenia przez lata, czy inni też to robią? Czy jest to odosobniony przypadek czy systemowy problem?

Zaczęliśmy się przyglądać rejestrom z Województwa Mazowieckiego, a następnie z całego kraju. Dokumenty wskazują, że ponad połowa mazowieckich ferm drobiu o obsadzie przekraczającej 40 tysięcy ptaków może funkcjonować bez pozwolenia zintegrowanego. W skali całego kraju –  może to być prawie tysiąc ferm.

Do samego końca podchodziłam do tych ustaleń z dużą ostrożnością. Moi współpracownicy z Wielkiej Brytanii również nie mogli zrozumieć, jak taka ilość instalacji może pozostawać niezauważona. Jak to możliwe, że w kraju z rozbudowanym systemem instytucji nadzorujących hodowlę zwierząt tak duża liczba ferm może działać latami bez wymaganych pozwoleń?
Dopiero wyjazd w okolice Siedlce i rozmowy na miejscu – często nieoficjalne – pozwoliły mi zrozumieć, że taki scenariusz jest realny. Ten rozbudowany system nadzoru może tu być właśnie kluczowy, gdyż ułatwia zrzucanie odpowiedzialności przez aparaty nadzoru i tworzy szczeliny prawne, w które wnikają nieuczciwy hodowcy.

Dagmara Szastak: Jednak nie jest to wyłącznie problem lokalny – nie dotyczy wyłącznie dzieci mieszkających w sąsiedztwie jednej fermy. Polska jest największym eksporterem tzw. drobiu w Europie, a skutki niskich standardów produkcji mogą znacznie wychodzić poza krajowe granice. W latach 2020 i 2021 w Wielkiej Brytanii odnotowano ponad 500 przypadków salmonellozy związanych z mrożonymi, surowymi produktami z kurczaka pochodzącymi z Polski. Potwierdzono co najmniej jeden przypadek zgonu.

Agata A. Skrzypczyk: Stąd też duże zainteresowanie tym tematem ze strony moich współpracowników z Wielkiej Brytanii. Około 60% mięsa produkowanego w Polsce trafia na eksport, a jego znacząca część pojawia się także na brytyjskich półkach. Od lat brytyjskie i unijne instytucje przyglądają się standardom polskiej produkcji i stawiają określone wymagania, które Polska powinna spełniać. Jak wyniki ostatnich audytów europejskich wskazując na nieścisłości i luki w kontroli, chociażby w badaniach mięsa na obecność bakterii salmonelli. Zagraniczne organizacje i instytucje przyjmują rolę swego rodzaju „watchdoga”, monitorując jakość produkcji i chroniąc zdrowia konsumentów.

Artykuł opisuje konkretną historię o charakterze lokalnym, jednak wpisuje się ona w znacznie szerszy problem o międzynarodowym wymiarze – intensyfikacja hodowli zwierząt, które prowadzi do zanieczyszczenia środowiska, zagrożenia zdrowia konsumentów i narastającej antybiotykooporności bakterii.

Dagmara Szastak: W artykule wspominacie, że część inspektorów przyznaje, iż próbki były pobierane do wyparzonych słoików po majonezie. To pokazuje, że mamy do czynienia z poważnym problemem systemowym. Czy wynika to wyłącznie z niedoboru kadr i zasobów? Czy raczej z rozproszenia kompetencji i przerzucania odpowiedzialności między instytucjami? W efekcie powstaje zamknięte koło, w którym trudno wskazać realnie odpowiedzialny podmiot, a rozwiązanie problemu wydaje się oddalać. Co w tej sytuacji należałoby zrobić? Jakie konkretne zmiany są potrzebne, aby system kontroli faktycznie zaczął działać skutecznie?

Agata A. Skrzypczyk: Pracując nad tym tematem, mieliśmy momentami wrażenie, jakbyśmy poruszali się po korytarzach z powieści Franza Kafki. Z kimkolwiek rozmawialiśmy, odpowiedź była właściwie zawsze taka sama: „to nie leży w naszej gestii”, „to nie należy do naszych kompetencji”.

Mam wrażenie, że w Polsce skupiono się głównie na przepisach krajowych i pozwoleniach weterynaryjnych, natomiast regulacje europejskie zeszły gdzieś na dalszy plan.

Jesteśmy też w kontakcie z Komisją Europejską, która odpowiedziała nam, że nie ma wiedzy o naruszeniach prawa unijnego w tym obszarze. To pokazuje pewien paradoks. Skoro na poziomie europejskim nie ma świadomości problemu, nie ma też realnego nacisku na jego rozwiązanie. Raport NIKu z 2014 już wtedy wskazywał na fermy drobiu funkcjonujące bez pozwolenia zintegrowanego, ale nikt się tym tematem wtedy nie zajął. A jak wiemy, przez te ostatnie 12 lat kolejne fermy wielkotowarowych przybywały w zatrwazającym tempie. Dopiero teraz, w oparciu o przykład z powiatu siedleckiego, temat znów wypłynął. Przez to jednak, że nie uregulowaliśmy tego tematu wcześniej, teraz mamy do czynienia z naruszeniem systemu pozwoleń na ogromną skalę.

Konstrukcja systemu nadzoru umożliwia prostą odpowiedź na pytanie, kto ma teraz ten problem rozwiązać. Ministerstwo Klimatu i Środowiska poinformowało nas, że to Wojewódzkie Inspektoraty Ochrony Środowiska powinny wyszukiwać fermy funkcjonujące bez pozwolenia zintegrowanego. Jednak WIOŚ w rozmowie z nami wskazał, że fermy działające bez pozwolenia zintegrowanego nie znajdują się w ich rejestrach, więc są dla nich niewidoczne. Inspekcja weterynaryjna prowadzi faktyczne rejestry ferm wraz z ich realną obsadą, jednak podkreśla, że pozwolenia zintegrowane nie leżą w ich kompetencjach. Wygląda na to więc, że nieuczciwy hodowca łatwo może wymknąć się systemu nadzoru.

Historia z próbkami pobieranymi do słoików po majonezie pokazuje, w czym tkwi tkwi problem. Od pracowników WIOŚów słyszeliśmy, że braki budżetowe instytucji sprawiają, że odpowiedzialność ich stanowiska jest niewspółmierna do otrzymywanych wynagrodzeń. W efekcie wiele osób rezygnuje z pracy i brakuje mocy kadrowych do przeprowadzania skutecznych kontroli. Do tego dochodzą braki sprzętowe: niedostateczna odzież ochronna, brak masek, niewystarczające wyposażenie do prowadzenia kontroli. To sprawia, że jest to wymagająca praca, często wykonywana w niekomfortowych warunkach. Jak usłyszeliśmy od jednego pracownika Inspektoratu, kwaśny zapach kurników wżerający się we włosy i ubrania jest wyczuwalny jeszcze przez wiele dni po kontrolach.

Dagmara Szastak: Regularnie kierujemy [Green REV Institute] do instytucji publicznych zapytania między innymi dotyczące stosowania antybiotyków w hodowli zwierząt. I za każdym razem otrzymujemy odpowiedzi, które są właściwie laurką dla poszczególnych urzędów – wszystko działa świetnie, problemów nie ma. Z drugiej strony wiemy, że resort rolnictwa konsekwentnie stawia przemysłową hodowlę zwierząt na pierwszym miejscu, traktując ją jako fundament bezpieczeństwa żywnościowego kraju. W efekcie wszelkie argumenty, czy to wyniki badań, raporty, czy głosy organizacji społecznych, bardzo często odbijają się od ściany. Widać wyraźnie, jak silna jest ochrona tego sektora i jak trudno przebić się z krytyczną narracją.

Agata A. Skrzypczyk: To pokazuje też, jak ważna jest presja społeczna – nacisk zarówno na władze krajowe, jak i instytucje europejskie, aby dokładnie przyjrzeć się temu systemowi i odpowiedzieć na pytanie, jak to możliwe, że sytuacja zaszła tak daleko. Mam wrażenie, że to właśnie dzięki naciskowi z różnych stron ten mur zaczyna powoli pękać.

Warto przypomnieć, że mieszkańcy Czepielina od dawna podejmują takie działania. Od momentu, gdy zidentyfikowano fermę działającą bez pozwolenia, czyli od przełomu 2024 i 2025 roku, kierują zapytania do różnych instytucji. Złożyli także skargę do Komisji Europejskiej. Odpowiedź była jednak rozczarowująca – sprawę uznano za incydentalną i lokalną.

Dziś wiemy już, że problem ma znacznie szerszą skalę. Jest szansa, że nacisk zarówno ze strony krajowych organizacji jak i międzynarodowych dziennikarzy sprawi, że instytucje zaczną traktować go poważniej.

Dagmara Szastak: Czy w trakcie pracy nad materiałem próbowaliście kontaktować się z właścicielem tej fermy, aby uzyskać jego komentarz?

Agata A. Skrzypczyk: Tak, wielokrotnie próbowaliśmy uzyskać komentarz właściciela fermy w okolicy Czepielina. Dobra praktyka dziennikarska wymaga udzielenia bohaterowi artykułu prawa do jego skomentowania. Chcieliśmy poznać stanowisko właściciela fermy, jak również okolicznego zakładu drobiarskiego, skupującego indyki z tej fermy. Niestety, nie na nasze pytanie nie było żadnego odzewu.

Dagmara Szastak: Czy w ramach tego śledztwa natrafiliście na informacje, że jakakolwiek ferma została ukarana za nieprawidłowości, nieprzestrzeganie przepisów lub brak wymaganych pozwoleń? Innymi słowy – czy takie przypadki w ogóle zdarzają się w Polsce?

Agata A. Skrzypczyk: Tak i to również jest dość przygnębiające. Natrafiliśmy na informacje, że fermy działające bez wymaganego pozwolenia zintegrowanego czasami były karane, ale wysokość tych kar była relatywnie niska.

W przypadku opisywanej fermy, kara wynosiła 500% naliczonych opłat środowiskowych za cały okres funkcjonowania bez pozwolenia. Jednocześnie trzeba podkreślić, że kontrola WIOŚ mogła sięgnąć jedynie pięciu lat wstecz, więc tylko ten okres był brany pod uwagę przy wyliczeniach.

W praktyce oznacza to, że nawet jeśli nieprawidłowości trwały dłużej, nie były już uwzględniane w postępowaniu. A sama wysokość kar, przy skali produkcji – sięgającej nawet około 120 tysięcy sztuk drobiu w jednym cyklu, przy kilku cyklach rocznie – pozostaje niska. W efekcie można powiedzieć, że w wielu przypadkach jest to po prostu „gra warta świeczki”.

W artykule poruszamy też wątek, który szczególnie mnie poruszył – rozmowę off the record z kierownikiem jednego z WIOŚiów. W tej rozmowie powiedział nam, że „taka jest nasza polska natura – oszukujemy, dopóki nie zostaniemy złapani za rękę”. Dodał, że dla nieuczciwych hodowców jest to po prostu opłacalne. Ten rodzaj cynizmu jest szczególnie uderzający, bo pochodzi od osoby związanej z instytucją, która powinna takie nieprawidłowości wykrywać i im przeciwdziałać. I rodzi to fundamentalne pytanie: kto w takim razie realnie odpowiada za skuteczność tego systemu?

Dagmara Szastak: Kiedy skierowaliśmy do Ministerstwa Rolnictwa pytanie o związek między stosowaniem antybiotyków w hodowli zwierząt w Polsce a rozwojem antybiotykooporności, w odpowiedzi usłyszeliśmy, że stosowanie antybiotyków w weterynarii nie wiąże się ze wzrostem antybiotykooporności, ponieważ pozostałości tych substancji utrzymują się na bardzo niskim poziomie. Jednak kiedy przyjrzeć się szerzej badaniom i raportom międzynarodowych instytucji, obraz wygląda inaczej. W wielu analizach podkreśla się, że nadmierne i powszechne stosowanie antybiotyków w hodowli zwierząt jest jednym z kluczowych czynników rozwoju antybiotykooporności. Mam wrażenie, że w Polsce ten problem jest wciąż bagatelizowany.

Agata A. Skrzypczyk: To bardzo ważny temat i mam nadzieję, że w najbliższym czasie jego obecność w debacie publicznej się zwiększy. Jesteśmy największym producentem drobiu w Europie, więc jako konsumenci – niezależnie od tego, czy sami jemy mięso, czy nie – powinniśmy się uważnie przyglądać standardom jego produkcji. Rosnąca antybiotykooporność dotyczy nas wszystkich, niezależnie od tego, co kładzie na nasz talerz. Antybiotykooporne bakterie przedostają się do środowiska, są regularnie wykrywane w wodach gruntowych i glebie. Przy okazji naszego wcześniejszego śledztwa pobieraliśmy próbki wody gruntowej w pobliżu ferm drobiu i we wszystkich znaleźliśmy pozostałości antybiotyków oraz bakterie wykazujące oporność na podstawowe grupy antybiotyków. To pokazuje, że problem jest realny i obecny w środowisku. Jednocześnie instytucje publiczne, takie jak inspekcje czy ministerstwo, nie prowadzą rutynowego, szerokiego monitoringu w tym zakresie. Kontrole pojawiają się głównie tam, gdzie problem już został wcześniej zidentyfikowany.

Fakt, że pozostałości antybiotyków w mięsie są niskie, wynika m.in. z obowiązujących okresów karencji po leczeniu weterynaryjnym. Hodowcy muszą odczekać określony czas, zanim zwierzę trafi do uboju, właśnie po to, by te poziomy były bezpieczne. To jednak nie zmienia wpływu powszechnie używanej antybiotykoterapii na zwiększanie się oporności bakterii na te substancje.

Przepisy unijne zakazują stosowania antybiotyków profilaktycznie, ale w praktyce – jak wynika z naszych ustaleń – nie zawsze jest to łatwe do jednoznacznego zweryfikowania. Intensywna, wielkotowarowa hodowla drobiu sprawia, że w dużych skupiskach zwierząt wystarczy jeden chory ptak, by konieczne było leczenie całego kurnika. Raport Europejskiej Agencji Leków wskazuje, że Polska jest drugim największym użytkownikiem antybiotyków w hodowli zwierząt w Europie. Z przedstawionych liczb wynika, że przeciętny brojler w Polsce spędza prawie połowę swojego życia na antybiotykoterapii.

To ma ogromne znaczenie dla zdrowia publicznego. Antybiotykooporność jest jednym z najpoważniejszych wyzwań zdrowotnych na świecie, wskazywanym m.in. przez Światową Organizację Zdrowia. Jednym z kluczowych czynników jej rozwoju jest właśnie intensywna hodowla zwierząt. Przypadek 11-miesięcznego Janka opisywanego w artykule, pokazuje, że zatrucie antybiotykoopornymi bakteriami prowodzi do trudnego i długiego procesu leczenia. Szczególnie narażone są dzieci, osoby starsze czy kobiety w ciąży. W przypadku Janka terapia trwała wiele tygodni, zanim udało się dobrać skuteczne leczenie.

Dagmara Szastak: W wielu krajach, m.in. Holandii czy Danii, instytucje publiczne biorą zdecydowanie większą odpowiedzialność za kształtowanie systemu żywienia. Wykorzystują narzędzia, takie jak zamówienia publiczne, aby wpływać na to, co trafia do stołówek szkolnych i przedszkolnych i stopniowo ograniczają udział mięsa w diecie dzieci i młodzieży. W Polsce natomiast mam wrażenie, że to wciąż walka z wiatrakami.

Agata A. Skrzypczyk: Być może wynika to z tego, że wciąż brakuje nam tego „połączenia” między produktem na talerzu a procesem jego wytwarzania. Mam wrażenie, że w odbiorze społecznym to wciąż są dwa zupełnie oddzielne światy.

Równolegle debata o ochronie produkcyjnej funkcji wsi pokazuje, jak bardzo uproszczone jest wyobrażenie o współczesnej hodowli. Wiele osób wciąż myśli o kurniku w bardzo tradycyjny sposób – jako o miejscu, w którym po prostu pieją koguty. Tymczasem rzeczywistość wielkotowarowej hodowli jest zupełnie inna. Ludzie nie zdają sobie sprawy, jak nieludzkim i dziwnym miejscem kurniki są w tej chwili. Wizyta w takim miejscu jest po prostu smutna, bo wygląda to jak fabryka cementu a nie dom dla setki tysięcy żywych zwierząt.

Nie mam oczywiście złudzeń, że wszyscy całkowicie zrezygnują z jedzenia mięsa i produktów odzwierzęcych, ale sama świadomość odnośnie pochodzenia naszej żywności i warunków jej produkcji mogłaby przynieść dużą zmianę.

Dagmara Szastak: Jak długo pracowaliście nad śledztwem i co dalej z tym tematem? Bo podejrzewam, że to nie skończy się na publikacji jednego artykułu.

Agata A. Skrzypczyk: Pracowaliśmy nad tym śledztwem około dwóch–trzech miesięcy, ale trzeba podkreślić, że ogrom pracy wykonali sami mieszkańcy. To oni pracowali nad tym przez około półtora roku. Gdyby nie ich działania, dotarcie do tych ustaleń zajęłoby zdecydowanie więcej czasu. Nasze kolejne kroki to przede wszystkim rozmowy z instytucjami, zarówno z Komisją Europejską, jak i z polskimi organami. Rozmawiamy również z polskimi politykami, żeby włączać ich w temat i doprowadzić do tego, by znalazł się on w przestrzeni publicznej oraz w agendzie politycznej.

Naszymi ustaleniami i materiałami chętnie wspieramy organizacje pozarządowe w ich kampanijnych działaniach. Jesteśmy otwarci na współpracę z każdym, kto chce dalej zgłębiać i nagłaśniać ten temat.

*Artykuł Agaty Aransay-Skrzypczyk i Andrew Wasleya pt. “Poland’s packed ‘ghost farms’ present threat of undetected disease” można przeczytać tutaj.

Agata Aransay-Skrzypczyk – ekonomistka i dziennikarka specjalizująca się w tematach związanych ze środowiskiem i zrównoważonym rozwojem. Bada niezrównoważoną produkcję drobiu w Europie i jej wpływ na antybiotykoodporność. Laureatka Transatlantic Media Fellowship, w ramach którego opisywała transformację energetyczną w amerykańskim Midwest. Publikowała w the Guardian oraz największych polskich czasopismach. 

Andrew Wasley to wielokrotnie nagradzany dziennikarz śledczy specjalizujący się w kwestiach związanych z żywnością i środowiskiem. Od prawie 25 lat zajmuje się tą tematyką, ujawniając szereg poważnych skandali związanych z bezpieczeństwem żywności i rolnictwem przemysłowym – od skażonego kurczaka, który spowodował zatrucie tysięcy osób, po rozwój wielkoskalowych hodowli zwierząt i pojawienie się „superbakterii” związanych ze stosowaniem antybiotyków w rolnictwie.

Udostępnij: