Zmień system żywnościowy!
Zróbmy to razem

Inwestor budujący ogromną fermę drobiu próbował przekonywać, że nie będzie ona miała wpływu na ludzi ani środowisko. Z tym nie zgodziła się Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska, która zablokowała budowę. Takie odmowy nie zdarzają się często, a przykład niedoszłej inwestycji na Podlasiu pokazuje, że ochrona przyrody może wygrać przemysłem mięsnym.
Skala inwestycji planowanej w Waliłach (ok. 20 km na wschód od Białegostoku) była ogromna: 27 kurników o łącznej maksymalnej obsadzie ponad 2 miliony brojlerów.
Fermy drobiu powstają w Polsce w takim tempie, że kraj zaczyna być nazywany “kurnikiem Europy”. W ostatnich latach powstawały średnio 2-3 fermy miesięcznie. Tylko w woj. podlaskim w latach 2024-2025 wpłynęły 62 wnioski o uzgodnienie warunków realizacji dla ferm drobiu. Jednak skala tak duża, jak planowana inwestycja na Podlasiu, jest rzadko spotykana.
– Do niedawna fermy powstawały głównie w „wielkiej piątce”: województwach wielkopolskim, mazowieckim, kujawsko-pomorskim, łódzkim i zachodniopomorskim. W mazowieckim i wielkopolskim, mimo że są to obszary najbardziej już dotknięty dużą koncentracją ferm, nadal powstaje najwięcej nowych instalacji – mówi nam Bartosz Zając, Koordynator Koalicji Społecznej Stop Fermom Przemysłowym. Jednak teraz ferm – i protestów przeciwko nim – przybywa w innych częściach Polski, w tym na Podlasiu.
Rzadko zdarza się też, żeby Regionalne Dyrekcje Ochrony Środowiska – które wydają lub odmawiają uzgodnienia warunków realizacji przedsięwzięć mających znaczne oddziaływanie na środowisko – zablokowały powstanie ferm. RDOŚ w Białymstoku w ostatnich 3 latach na 69 spraw dotyczących uzgodnienia warunków realizacji dla ferm drobiu odmówił uzgodnienia tego typu inwestycji w 8 przypadkach.
Bartosz Zając przyznaje, że ten przypadek – i padająca w decyzji Dyrekcji argumentacja – może pomóc społecznościom, które protestują przeciwko budowie ferm.
– RDOŚe dość rzadko odmawiają i argumentują to tak radykalnie, jak w tym przypadku. Zwykle miesiącami po prostu wzywają inwestora do uzupełnień, aż w końcu raport przechodzi – wskazuje Zając. Jak dodaje, protesty częściej odnoszą sukces na etapie sądów administracyjnych (NSA).
Na decyzję RDOŚ nie przysługuje zażalenie, jednak możliwe jest ponowne złożenie wniosku z nowym raportem środowiskowym. Wtedy inwestycja – i raport – będą oceniane na nowo.
Zdawkowe zdania w raporcie środowiskowym
Regionalna Dyrekcja w uzasadnieniu swojej odmowy zwróciła uwagę na sposób sporządzenia raportu środowiskowego i rażące braki w dokumencie, a także na potencjalne zagrożenia dla cennych przyrodniczo obszarów w związku z budową i funkcjonowaniem fermy.
Każda inwestycja mogąca znacząco wpływać na stan przyrody – w tym fermy przemysłowe – musi mieć przygotowany raport o oddziaływaniu na środowisko. Organizacje pozarządowe, w tym te specjalizujące się w kwestiach hodowli przemysłowych, od dawna zwracają uwagę na problematyczną zależność. W teorii taki raport powinien być rzetelną i obiektywną oceną stanu środowiska w miejscu inwestycji i tego, jak może ona na nie wpływać. Tyle że to inwestor wybiera wykonawcę raportu i płaci za jego sporządzenie.
Raporty są jednak później weryfikowane – i w tym przypadku białostocki RDOŚ dopatrzył się poważnych braków. Z raportu wynika, że ferma na 2 miliony kur nie będzie wpływać na środowisko przyrodnicze ani okolicznych mieszkańców, „nie spowoduje utraty bioróżnorodności” ani „siedlisk cennych przyrodniczo”.
W uzasadnieniu decyzji RDOŚ wprost pisze, że „nie można się zgodzić z tym stwierdzeniem”, biorąc pod uwagę skalę inwestycji i jej lokalizację.
W raporcie wytknięto rażące braki i stwierdzono, że „dokumentacja została sporządzona w sposób niewystarczający”. Nie zawierał on „wyczerpującego opisu przyrodniczego”, chociaż – jak czytamy w uzasadnieniu – „dobrego jakościowo raportu (…) w większości przypadków nie da się opracować „zza biurka” w oparciu o pozyskane dane, bez ich uszczegółowienia i wykonania inwentaryzacji przyrodniczej”. Tymczasem wg RDOŚ autor oparł opis stanu środowiska na „lakonicznych stwierdzeniach”, a nie prawdziwej analizie.
Autorzy raportu napisali, że w obszarze inwestycji – pomiędzy dużymi kompleksami leśnymi, obok rzeki Supraśl – „nie obserwuje się siedlisk zwierząt oraz roślin czy grzybów, które z uwagi na walory przyrodnicze wymagałyby ochrony”, ani nawet „nie stwierdzono obecności siedlisk przyrodniczych”. Tymczasem RDOŚ stwierdził występowanie tam chronionych ptaków, jak żuraw czy derkacz, a także potencjał występowania wielu innych gatunków. I wytknął, że nie przeprowadzono inwentaryzacji przyrodniczej na miejscu.
W raporcie napisano, że choć w zasięgu oddziaływania inwestycji znajdują się obszary chronione, to ferma „nie będzie na nie oddziaływać negatywnie”. Tymczasem w rzeczywistości – jak pisze RDOŚ – taka instalacja „ingeruje w zasoby przyrodnicze, hydrologiczne i glebowe terenu Parku Krajobrazowego Puszczy Knyszyńskiej” i stanowi zagrożenie dla chronionej przez park przyrody. Ponadto w raporcie napisano, że miejsce inwestycji nie jest położone w graniach obszarów Natura 2000, choć w rzeczywistości znajduje się w takim obszarze.
Według raportu emisja gazów i pyłów z fermy miałaby „wyłącznie zasięg miejscowy, mieszczący się w granicach działki”. Takie twierdzenia są zupełnie sprzeczne z doświadczeniem ludzi mieszkających w okolicy ferm drobiu, którzy skarżą się na bardzo uciążliwe zapachy. A jednocześnie – jak zwraca uwagę Bartosz Zając – takie stwierdzenia, zwłaszcza to o „emisjach zamykających się w granicach działki”, padają „niemal w każdym raporcie”.
W tym wypadku nie przekonało to Regionalnej Dyrekcji, która uznała, że odory mogą być uciążliwe dla osób przebywających w okolicy. Co ciekawe, zwrócono uwagę także na turystyczne i rekreacyjne użytkowanie tego obszaru, na przykład przez wędkarzy odwiedzających stawy hodowlane.
Ochrona torfowisk i obszarów podmokłych
W odmowie RDOŚ zwrócono szczególną uwagę na to, że ferma na taką skalę miała powstać „w bezpośrednim sąsiedztwie terenów podmokłych tj. stawów hodowlanych oraz rzeki Supraśl”, przy tej skali produkcji „będzie oddziaływać intensywnie na wody rzeki oraz wody podziemne”.
Ponadto działka położona jest na glebach torfowych i budowanych przez torfy, w obszarze o znacznym uwilgotnieniu. W okolicy znajdują się także łęgi (lasy nadrzeczne) wierzbowe, topolowe, olszowe i jesionowe. Takie lasy są wrażliwe na osuszanie. Budowa fermy „na terenach podmokłych w bezpośrednim otoczeniu ww. siedlisk, skutkować będzie negatywnym wpływem na ich stan i właściwe funkcjonowanie” – stwierdził RDOŚ.
Takie miejsca są bardzo ważne dla środowiska, bo występowanie tego typu gleb „wpływała na naturalną retencję wodną i spowolnienie odpływu wód ze zlewni rzeki”. Przekształcenie terenu przez budowę mogłoby zmniejszyć zdolności retencyjne.
To, jaki może być wpływ ferm na środowisko – szczególnie wodne – pokazują badania, które od lat prowadzi dr Jerzy Kupiec z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu. Wykazują one przekroczenia wielu badanych parametrów – ilości fosforu i azotu, a także obecność hormonów, antybiotyków i innych substancji. Jak mówił na konferencji naukowej w 2024 roku, wielokrotne przekroczenia stężeń niektórych substancji pokazuje, że stan środowiska wokół ferm przemysłowych jest w wielu miejscach „katastrofalny”. Zbyt duża koncentracja hodowli w jednym miejscu prowadzi do takiej skali presji na środowisko, z którą to nie jest w stanie sobie poradzić.
Na te zagrożenia zwrócił uwagę RDOŚ. Przyznaje on, że obecności fosforanów i leków w odchodach, a także pyłów, grzybów i amoniaku emitowanych przez systemy wentylacyjne może niekorzystnie wpływać na przyrodę chronioną obszarami Natura 2000.
Bartosz Zając z koalicji Stop Fermom Przemysłowym zwraca uwagę na duże znaczenie przesłanek środowiskowych (a także braków w raportach) w skutecznych protestach przeciwko fermom. – Tam, gdzie mieszkańcy odnoszą sukces, dzieje się to w oparciu właśnie o takie czynniki – komentuje. Jednak RDOŚ-e częściej wzywają do uzupełnienia raportów, niż je odrzucają, a włodarzom gmin często pozytywna opinia dyrekcji wystarczy. Mieszkańcy sprzeciwiający się fermom zwracają się o pomoc często już po wydaniu uzgodnień przez RDOŚ. Na tym etapie ważne jest albo zaangażowanie władz lokalnych, albo mobilizacja samych mieszkańców – tłumaczy Zając. Konieczne jest poświęcenie czasu sprawie, a czasem także poniesienie kosztów pomocy prawnej i niezależnych analiz/kontrraportów.
Fermy kosztują nas wszystkich
Zawarte w raporcie środowiskowym dla fermy twierdzenia – jakoby nie wpływała ona „znaczącego wpływu” na zmianę klimatu, stan środowiska przyrodniczego czy bioróżnorodność – stoją w sprzeczności z wiedzą naukową na temat efektów przemysłowej hodowli zwierząt.
Rolnictwo wraz z hodowlą odpowiada za 35 procent emisji gazów cieplarnianych, a bardzo duża część z nich pochodzi właśnie z produkcji zwierzęcej. Według danych cytowanych w raporcie „Atlas mięsa” Fundacji im. Heinricha Bölla, w skali świata pięciu największych producentów mięsa i mleka „emituje taką samą ilość szkodliwych dla klimatu gazów cieplarnianych jak gigant naftowy Exxon”.
Jak czytamy w raporcie, w Polsce rolnictwo odpowiada za 94% całkowitej krajowej emisji amoniaku (NH3), a „dominującym źródłem zanieczyszczenia jest gospodarka odchodami zwierząt”.
Te i inne efekty środowiskowe hodowli zwierzęcej stanowią ukryty koszt działalności ferm – który w jakimś stopniu ponosimy wszyscy. Polska produkuje około 5,3 mln ton mięsa. Ukryte koszty tej produkcji „powstałe wskutek emisji gazów cieplarnianych, niszczenia środowiska naturalnego, degradacji gleby i utraty zdrowia przez konsumentów, obliczone w oparciu o dane m.in. IPCC i FAO, rocznie przekroczyły kwotę 204 mld euro” (czyli 170 zł/kg mięsa) – informuje dr hab. inż. Tadeusz Pomianek, prof. WSIiZ, prezydent Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie.
Polska jest dużym eksporterem mięsa. Jednak według wyliczeń prezentowanych przez prof. Pomianka te ukryte koszty wielokrotnie przekraczają przychód uzyskiwany przez firmy sprzedające mięso za granicą. Przy eksporcie 3 mln ton mięsa i przetworów mięsnych przychód wynosi 9 mld euro, a koszty „są większe niż 60 mld euro”, i to przy założeniu pominięcia kosztów związanych z utratą zdrowia.
„W świetle tych danych dalsza analiza jest zbędna, nie można wysnuć innego kluczowego wniosku niż stwierdzenie, że eksport mięsa wyprodukowanego przy pomocy karmy z upraw monokulturowych i z chowu przemysłowego nie ma ekonomicznego sensu. Jest także bardzo szkodliwy dla środowiska i ludzi. Absurd polega na tym, że to my obywatele nieświadomie dopłacamy olbrzymie kwoty, żeby zniszczyć nasze środowisko i nasze zdrowie” – skomentował prof. Pomianek w odpowiedzi na pytania portalu bezpiecznazywnosc.org. Podkreślił jednocześnie, że inna jest sytuacja eksportu mięsa z produkcji ekologicznej czy nawet zrównoważonej, bowiem „ukryte koszty emisji gazów cieplarnianych są na poziomie ok. kilku procent, a innych ukrytych kosztów praktycznie nie ma”. Ponadto mieszane gospodarstwa rolno-hodowlane produkują naturalny nawóz, którego wykorzystywanie może obniżać zapotrzebowanie na nawozy sztuczne.
Photo by Towfiqu barbhuiya on Canva