Życzenie o lokalnych strategiach żywnościowych i bezpieczeństwie

W ostatnich latach „bezpieczeństwo” odmieniane jest na wszystkie możliwe sposoby, w każdym publicznym i prywatnym miejscu. O bezpieczeństwie mówi premier z ministrami, mówią samorządowcy, mówią eksperci, znajomi na kawie, rodzina przy obiedzie. Powstał program dobrowolnych szkoleń dla cywilów, na światło dzienne wyciągane są powojenne plany schronów, a w niemal każdym urzędzie miejskim wiszą plakaty o tym, co spakować do plecaka bezpieczeństwa. Dla Zetek oraz świadomych już w większości nastolatków z pokolenia Alpha wojna przy granicy i konieczność myślenia o ewentualnych drogach ucieczki do najbliższego bezpiecznego miejsca są bezsprzeczną nowością. Niemniej ja, przedstawicielka Millennialsów, pamiętam lekcje z obrony cywilnej oraz szkolenia z zakładania masek przeciwgazowych i rozpoznawania sygnałów alarmowych.

Teraz, 25 lat później, chciałabym jednak, żebyśmy bezpieczeństwo postrzegali z metapoziomu. Nie tylko w kategoriach obronności, liczebności żołnierzy czy wyposażenia w sprzęt wojskowy. Z mojej perspektywy bezpieczeństwo każdego z nas zaczyna się zdecydowanie gdzie indziej – w naszej społeczności: w domu, szkole, pracy i mieście. A jednym z kluczowych obszarów bezpieczeństwa, będącym jednocześnie podstawą życia, jest bezpieczeństwo żywnościowe.

Co kryje się pod tym pojęciem? Oczywiście jako pierwsze skojarzenia nasuwają się konserwy schowane w piwnicy na czarną godzinę i butelki wody pitnej. Chciałabym jednak zachęcić Was do szerszego spojrzenia na bezpieczeństwo żywnościowe: zarówno z perspektywy społeczności lokalnej, jaką tworzymy, żyjąc w konkretnej miejscowości, jak i z perspektywy indywidualnej – przy robieniu codziennych zakupów w sklepie spożywczym.

Od 2022 roku jako członkini zespołu eksperckiego przedstawicieli organizacji pozarządowych miałam okazję współtworzyć „Strategię rozwoju metropolii warszawskiej”. Tam po raz pierwszy zetknęłam się z ideą strategicznego planowania obszarów produkcji żywności. Pomysł, który może się wydawać dość egzotyczny, jest w gruncie rzeczy całkiem sensowny. W przypadku dużego ośrodka miejskiego, a zwłaszcza metropolii, gdzie mamy do czynienia z ogromną liczbą mieszkańców, planowanie produkcji żywności w odległości skracającej łańcuch dostaw daje przynajmniej dwie istotne korzyści. Po pierwsze, mieszkańcy zyskują dostęp do lokalnych i sezonowych produktów, co przekłada się na wspieranie zdywersyfikowanej i zrównoważonej produkcji oraz rolnictwa ekologicznego. Po drugie, krótki łańcuch dostaw jest mniej podatny na zewnętrzne czynniki niezależne od społeczności danego miasta i samych producentów, takie jak wzrost kosztów paliwa czy – w przypadku konfliktu zbrojnego – utrudniony lub niemożliwy transport drogowy.

Tworzenie pierścienia zdywersyfikowanej produkcji rolnej wokół miast i metropolii pozwala również na uniezależnienie się od wielkich, międzynarodowych producentów. Daje to większą stabilność, bezpieczeństwo oraz pewność, że dana społeczność jest w stanie – w sytuacji kryzysowej – sama zapewnić sobie podstawowe produkty żywnościowe. Mając za sobą doświadczenie pandemii COVID-19, wiemy już, co dzieje się, gdy zamykane są fabryki, centra przeładunkowe czy wstrzymywany jest transport międzykontynentalny.

Żywność pochodząca od lokalnych dostawców może trafiać bezpośrednio na stragany lokalnych targów, które są doskonałym uzupełnieniem zrównoważonej i sprawiedliwej polityki żywnościowej państwa. Na bazarze klienci mogą wybierać spośród produktów pochodzących od różnych dostawców, porozmawiać z nimi o pochodzeniu czy składzie danego produktu, a przede wszystkim nie przepłacać z powodu konieczności ponoszenia kosztów marketingu, opakowań czy dostaw. Na targach nie znajdziemy też żywności wysokoprzetworzonej, co ogranicza jej spożycie i przekłada się na lepszą kondycję zdrowotną konsumentów i konsumentek.

Lokalne punkty sprzedaży żywności zwiększają jej dostępność dla osób mieszkających w większej odległości od dużych sklepów sieciowych. Bazary mają również swoje mniej oczywiste zalety: można się na nie wybrać pieszo lub rowerem, dzięki czemu podstawowa czynność, jaką jest kupowanie jedzenia, nie generuje dodatkowych negatywnych zjawisk, takich jak zanieczyszczenie powietrza czy chaos przestrzenny związany z koniecznością parkowania. Targi są także miejscem spotkań i nawiązywania kontaktów, szczególnie ważnym dla osób starszych, które potrzebują takich przestrzeni do utrzymywania relacji społecznych. Są ponadto bardziej przyjazne dla osób z nadwrażliwością na dźwięki, czujących dyskomfort w tłumie czy mierzących się z innymi wyzwaniami związanymi z neuroróżnorodnością.

Bezpośredni kontakt ze świeżą żywnością, którą możemy dotknąć, powąchać i o której możemy porozmawiać, może pozytywnie przełożyć się na zachęcanie mieszkańców oraz władz lokalnych do zakładania mniejszych i większych miejskich ogródków żywnościowych. Sadzenie roślin i dbanie o nie tak, aby wydały oczekiwane plony, uczy odpowiedzialności, systematyczności i szacunku do żywności. To z kolei pozytywnie wpływa na różnorodność spożywanego jedzenia, zwiększa udział zdrowych i pożądanych składników w codziennej diecie oraz ogranicza marnowanie żywności. Inaczej bowiem podchodzimy do połowy pomidora kupionego w sklepie, sprowadzonego zimą ze szklarni w Hiszpanii, a inaczej do tego wyhodowanego własnoręcznie, podlewanego i pachnącego.

Zmianę podejścia do żywności potwierdzają nauczyciele i opiekunowie ze szkół, żłobków i przedszkoli, które mają ogródki przy swoich placówkach. Angażowanie dzieci w sadzenie i pielęgnowanie roślin, a następnie wspólne przygotowywanie z nich posiłków bezsprzecznie wpływa pozytywnie na rozwój samodzielności i odpowiedzialności oraz kształtuje zdrowe nawyki żywieniowe. W przypadku zarówno dzieci, jak i dorosłych, bezpośredni kontakt z produkcją żywności prowadzi do głębszego zastanowienia się nad tym, skąd realnie ona pochodzi. Bo o ile pomidor czy cukinia wyrastają z ziemi, o tyle odpowiedź na pytanie, skąd bierze się na talerzu kurczak, bywa znacznie trudniejsza.

Rozmowy o cierpieniu zwierząt w przemysłowych hodowlach oraz o kosztach środowiskowych, jakie generuje produkcja mięsa, nie muszą być traumatyczne ani drastyczne. Mogą być uświadamiające i uczyć szacunku do każdego żyjącego stworzenia na tej planecie. Z mojej perspektywy bezpieczeństwo żywnościowe to również merytoryczna, uczciwa i oparta na danych rozmowa o żywności, mająca na celu ochronę obywateli przed spożywaniem produktów negatywnie wpływających na zdrowie, zawierających hormony lub wzmacniacze smaku.

Od kilkunastu lat obserwujemy w Polsce degradację systemu publicznego żywienia. W szkołach likwidowano stołówki, bary mleczne zostały wyparte przez modne lunchownie, a w sklepikach szkolnych trudno znaleźć wartościowe drugie śniadanie. W efekcie dzieci codziennie jedzą chrupki, drożdżówki i musy owocowe z plastikowych tubek, a młodzież żywi się głównie w „zielonym sklepie”, który można znaleźć na każdym rogu, bo tylko tam są w stanie kupić ciepły posiłek w swoim kilkunastozłotowym budżecie. Zwykle jest to hot dog, pizza lub frytki. Ci „szczęśliwsi”, mający dostęp do sieci fast foodów, mogą przynajmniej usiąść, aby ten junk food skonsumować.

Brak możliwości kupienia zdrowego posiłku w szkole oraz brak miejsc, w których po zajęciach można zjeść tani i zdrowy obiad, to jeden z problemów, który jak mantra przewija się w moich rozmowach z dziećmi i nauczycielami. Również osoby zarządzające placówkami na szczeblu samorządowym zdają się często nie dostrzegać skali tego wyzwania. „Przecież dzieci mogą przynieść jedzenie z domu” – słyszę niejednokrotnie. Owszem, niektóre mogą. Inne mają zbyt zapracowanych rodziców, którzy nie zdążą przygotować kanapki przed wyjściem do pracy, albo takich, którzy po powrocie nie ugotują obiadu. Zamiast zamykać oczy na problem, powinniśmy wrócić do szkolnych stołówek, w których jedzenie przygotowują wykwalifikowani pracownicy, a każde dziecko może bezpłatnie zjeść ciepły i zdrowy posiłek. To jest właśnie realne zapewnienie bezpieczeństwa. Dożywione i zdrowe dzieci to priorytet, w który bezsprzecznie powinniśmy inwestować.

To, co i jak jemy, ma ogromny wpływ na życie każdego z nas, ale także na zdrowie publiczne. Otyłość i cukrzyca typu II to choroby cywilizacyjne bezpośrednio związane ze spożywaną żywnością – nie tylko jej ilością, lecz przede wszystkim jakością. Jedzenie wpływa również na funkcjonowanie organizmu: wydajność fizyczną, chęć podejmowania codziennych wyzwań oraz zdolność uczenia się i zapamiętywania. Jest także istotnym elementem procesu leczenia – może go wspierać lub opóźniać. Na szczęście wie o tym już także Ministerstwo Zdrowia, które od 1 stycznia 2026 roku wprowadza nowe standardy żywienia w szpitalach, oparte na lepszej jakości produktach, indywidualnym podejściu do potrzeb i wykluczeń żywieniowych pacjentów oraz na pracy szpitalnych dietetyków. To bardzo ważna i – choć niektórym może się to wydawać niezrozumiałe – przełomowa zmiana. Osoby, które nie doświadczyły szpitalnego jedzenia, często nie zdają sobie sprawy z tego, że na oddziałach pediatrycznych rocznym dzieciom podaje się żurek i słodzoną herbatę, a matkom po porodzie – kanapkę z plasterkiem sera i połową jajka.

Zresztą niezmienna popularność hasła że „cukier krzepi”, widoczna jest niemal w każdym publicznym przedszkolu w Polsce. Mimo że są miasta – jak Warszawa – które mają określone standardy żywienia w przedszkolach, rzekomo wdrożone we wszystkich publicznych placówkach, każdego września do Fundacji Rodzic w Mieście zgłaszają się rodzice maluchów zszokowani przedszkolnym menu. Słodzona czarna herbata, parówki oraz biały chleb z dżemem – to standard w jadłospisie przygotowywanym dla cztero-, pięcio- i sześciolatków. Niewielu rodziców wie, że może realnie wpływać na to, co podawane jest dzieciom w przedszkolu, a także iż dostęp do posiłków wegańskich czy bezmięsnych jest prawem, którego realizacji mogą się domagać bez konieczności przedstawiania zaświadczeń lekarskich.

Chciałabym życzyć nam wszystkim mądrej polityki żywnościowej realizowanej przez rząd, samorządy i instytucje publiczne. Ulubionych sprzedawców na bazarze, pachnących ziół na balkonie, wspólnego przygotowywania posiłków i rozmów przy stole oraz zdrowego, pełnowartościowego posiłku w szkole dla każdego dziecka.

List Agnieszki Krzyżak-Pitury został opublikowany w marcowym wydaniu magazynu „Nowa Bezpieczna Żywność”.

Agnieszka Krzyżak-Pitura – założycielka i prezeska Fundacji Rodzic w mieście, członkini Stowarzyszenia Miasto Jest Nasze, wieceprezeska zarządu IV i V kadencji Kongresu Ruchów Miejskich. Działa na rzecz miast dobrych do życia dla rodzin z dziećmi, miast demokratycznych i miast praw człowieka. Radna Dzielnicy Mokotów w Warszawie.

Udostępnij: